Stowarzyszenie Żeglarskie Samoster

Quo vadimus nautae? Quocumque ventis et undis agimur...

Gdy nie wiadomo o co chodzi... - drugie dno euroinicjatywy PZŻ

Opublikowana przez telewizję informacyjną oraz szeroko nagłośniona sprawa wypowiedzi Stefana Heinricha w sprawie tzw „europatentów” żeglarskich i związanych z tym nierealnych inicjatyw polskich europosłów zbulwersowała środowisko żeglarskie. Zagotowały się fora i żeglarskie grupy dyskusyjne w internecie, po raz kolejny padły słowa krytyki pod adresem PZŻ, który szermując swoim od lat używanym słowem- wytrychem „bezpieczeństwo”, po raz kolejny usiłuje ustami swojego aparatczyka rozszerzyć polskie restrykcyjne prawo na inne kraje UE. Co prawda niektórzy dyskutanci wyrazili pogląd, że temat nie jest wart reakcji, bo autor kontrowersyjnych stwierdzeń serwuje podobnego rodzaju poronione pomysły dość regularnie, ale poruszenie aktywnej części żeglarskiego światka zrobiło się spore.

Mnie zaś w tym bałaganie zastanawia parę momentów. Pierwszy z nich dotyczy przekonania samego pomysłodawcy i jego mocodawców co do proponowanych przez siebie rozwiązań. Czy sądzą oni, że unijne zapisy wyłączające rekreację z dziedzin podlegających unijnym regulacjom są martwymi zapisami, które byle związek z kraju będącego w Unii od niedawna będzie w stanie zmienić? Czy wierzą w to, że taki np. RYA potulnie schyli głowę przed wielkością serwowanej przez PZŻ pod sztandarem bezpieczeństwa idei? Jeśli tak, to należy pogratulować samopoczucia i wiary we własną moc sprawczą... Co prawda nadszarpniętą mocno na krajowym podwórku przez nieformalną grupę zapaleńców zwanych liberatorami, ale dlaczego nie spróbować wyjść poza Polskę...?

Druga myśl dotyczy łatwości, z jaką nasi wybrańcy w rodzaju posłów do Sejmu czy europosłów „kupują” tego rodzaju inicjatywy, bez zagłębienia się w istotę tematu. Jest oczywiste, że na wszystkim znać się nie można, ale jednak przed podjęciem inicjatywy interpelacyjnej należałoby zlecić pracownikom biura poselskiego przeprowadzenie choćby minimalnego rozpoznania tematu. Aby zwyczajnie nie wyjść na... dudka?
Niestety, praktyka pokazuje (przynajmniej w omawianej sprawie), że takie rozeznanie nie było przeprowadzone, co poskutkowało pojawieniem się kuriozalnego stwierdzenia, że „brak wspólnych uregulowań jest jedną z barier w rozwoju żeglowania rekreacyjnego”. Długo (i z dobrą wolą!) usiłowałem znaleźć w tej myśli choć odrobinę sensu – nie udało się...

I wreszcie myśl najważniejsza – wniosek, który nasuwa się nieodparcie, a który wynika z popularnego powiedzenia „jeśli nie wiadomo o co chodzi...”. Nie od dziś wiadomo, że do niedawna jedynymi beneficjentami całego bałaganu szkoleniowo- egzaminacyjnego były właściwe polskie związki sportowe. I to pomimo tego, że od kilku lat istnieją ustawowe zapisy dopuszczające do szkolenia inne podmioty. I stan ten trwa nadal, przynajmniej do czasu przygotowania i zatwierdzenia rozporządzeń wykonawczych wynikających z nowej ustawy o sporcie. Zatem wniosek może być tylko jeden: w tych podchodach okraszonych suto obrazami niedoszkolonych żeglarzy z Holandii czy Anglii, którzy swoją ignorancją zakłócą bezpieczeństwo na polskich akwenach, chodzi wyłącznie o PIENIĄDZE! Pieniądze za obowiązkowe kursy, pieniądze za egzaminy i wydawanie patentów... Pieniądze, które przyjdą same, bez wysiłku, bo przecież ludzie chcą wypoczywać na wodzie.

Nie trzeba, Panie Stefanie mydlić nikomu oczu bezpieczeństwem na wodzie. To bezpieczeństwo na naszym podwórku po poluzowaniu restrykcyjnych, promowanych przez Pański związek regulacji nie zmalało, a wręcz poprawiło się. Czyta Pan przecież Żagle. Kolejny roczny raport na podstawie informacji uzyskanych z mazurskich komisariatów policji wodnej jednoznacznie to potwierdza.
W inicjatywach PZŻ rozpowszechnianych Pańskimi ustami chodzi o KASĘ, o nic więcej.

/Andrzej Kapłan/

[ 02-03-2011, dodał: AIKI ]


Aktualne

Poleć stronę innym

Ranking stron żeglarskich


Hosting: www.olek.waw.pl | Mapa serwisu | Admin | XHTML 1.0