Smok on the Water

Janusz Drozd

Kapitan jachtowy, prowadzi jachty po Bałtyku, M. Północnym, Śródziemnym, Karaibach i Pacyfiku. Komandor Klubu „Posejdon” w Legnicy (7 jachtów śródlądowych i 1 jacht morski)

Chcemy, by Związek nic od nas nie chciał

Różnimy się pomiędzy sobą bardzo. Mieszkamy rozrzuceni po całej Polsce. Jedni z nas wolą Bałtyk, inni Morze Śródziemne jeszcze inni Mazury albo małe lokalne jeziorka. Łączą nas dwie rzeczy: — pasja do żeglowania „po prostu”, dla przyjemności; — i to, że nie chcemy, aby reprezentował nas Polski Związek Żeglarski.

Od kilku lat polscy żeglarze, którzy odkryli uroki klikania i surfowania po internetowych cyberprzestrzeniach, spotykają się w wirtualnym miejscu, które nazywa się: pl.rec.zeglarstwo. Okazuje się, że to bardzo owocne spotkania i chociaż są wirtualne to niosą za sobą całkiem realne konsekwencje.

Związki sportowe zajmują się sportem. Przynajmniej w teorii. Są one jedynymi w swojej dyscyplinie na terenie kraju i skupiają w sobie wszystkie sprawy z zakresu organizacji danej dyscypliny. I z zasady są dobrowolne — nie zajmują się sprawami osób, które tego nie chcą — czyli zdecydowaną większością amatorów — niesportowców. Bo czy każdy, kto jeździ rowerem musi mieć uprawnienia i szkolenie w Polskim Związku Kolarstwa? Albo czy kierowca, musi mieć styczność z Polskim Związkiem Motorowym? Jeśli zapytać biegnącego po parku pana w szortach (to się nazywa uprawiać jogging — a więc rodzaj sportu), czy należy do Polskiego Związku Lekkoatletyki (Joggingu?), zapewne popuka się w czoło i pobiegnie dalej. Niestety zdarzają się przypadki pogmatwane. Nasze państwo delegowało część swoich zadań na związek sportowy niedookreślając jego kompetencji a ten stanowiąc swoje własne wewnętrzne regulacje — podporządkowuje nim ogół obywateli, wydając uprawnienia, jakich wymaga administracja państwowa.

PZŻ jest stowarzyszeniem a według ustawy przynależność do stowarzyszenia jest dobrowolna. Dlaczego wobec tego każdy żeglarz, musi podporządkować się uchwałom stowarzyszenia, jeśli do niego nie należy? Od dawna wiadomo, że tak naprawdę rządzi pieniądz. Wszystkie regulacje i te stare i nowe i ich planowanie tak naprawdę sprowadzają się do jednego — finansów. Gdyby ograniczało się to tylko do finansów pozyskiwanych od uczestników PZŻ moglibyśmy im współczuć i nieszczerze pocieszać, myśląc: „macie, czego chcieliście”. Problem w tym, że wszyscy płacimy rachunki PZŻ. I współczuć powinniśmy sobie, bo płacimy za coś, za co nie powinniśmy płacić i nikt się nas nie pytał o zdanie — chcieliśmy czy nie. To są pieniądze publiczne. A Związek jest „sposobem na życie” wielu działaczy. Wypłaca, organizuje wyjazdy, choćby na olimpiadę itp. Czy jest jawność finansów Związku? — Do tej pory nie. A czyje to są pieniądze?

Związek z definicji „sportowy” okazuje się być sportowym tylko z definicji. Nawet sportowcy są niezadowoleni (a oni przecież się dobrowolnie do związku zapisali). Weźmy przykład Warszawskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego. Związek prowadzi działalność gospodarczą polegającą na zadrukowywaniu kartoników przy pomocy drukarki podłączonej do komputera i sprzedawaniu tych kartoników za ok. 100 zł (ceny są różne w zależności od nadruków. Kartonik jest wart kilka — kilkanaście groszy, klej, którym przykleja się dostarczoną fotografię — kilka groszy, druk na drukarce też kilka groszy — wychodzi, że 99% ceny patentu to cena pieczątki i podpisu, który składa na kartoniku pracownik WOZŻ.

I to jest faktycznie jego rola. Sportowcy się wściekają i słusznie. Przychód z wydanych patentów — 200 tys. zł, wydatki na sport — 4 tys. zł, wydatki na administrację — 160 tys. zł. — jak tu się nie wściekać. Czy 160 tysięcy to jest dużo? Gdyby chodziło o firmę to byłaby to mała suma. Pensje kilku osób plus koszty lokalu. Ale nie chodzi o firmę. Chodzi o stowarzyszenie, które utrzymujemy nie należąc do niego. Ceny egzaminów, na których Związek też, co nieco zarabia: egzamin za pierwszy stopień „kapitański” w sumie 800zł, patent 250zł dla osób nie zrzeszonych w Związku (tyle proponowali, posłowie po argumentacji niezależnych żeglarzy zmniejszyli to do odpowiednio 50 i 500).

Dla porównania: egzamin na stopień kapitański zawodowy (do prowadzenia np. tankowców) — 200zl, wydanie patentu — 100 zł. Egzamin na prawo jazdy ok. 100 zł. Wydanie prawa jazdy 75 zł. Gdyby prawa jazdy można byłoby drukować na domowej drukarce, na kawałku kartoniku, bez żadnych zabezpieczeń, Związek na pewno starałby się o możliwość wydawania takich dokumentów — z tym, że podwyższyłby cenę do 100 zł. System dziesiętny zobowiązuje — a setka wygląda ładniej.

Niestety prawa jazdy wydaje o dziwo nie bratni Polski Związek Motorowy tylko administracja państwowa, która nic a nic się nie chce z biednymi sportowcami podzielić. Patent wydrukowany przez WOZŻ nie powala na kolana poligraficzną maestrią. Ale lepiej nie krytykować i nie wywoływać wilka z lasu, bo za chwilę będziemy mieli kolejną, przymusową wymianę kartoników na „lepsze”. Jakkolwiek by na to nie patrzeć to jest monopol (a także tworzenie zupełnie zbędnej korporacji) i to popierany przez najwyższe władze państwowe. Rodzaj cichej tyrani lobbowany przez posłów i przedstawicieli rządu. Wszystkim brakuje pieniędzy. Niech sportowcy utrzymują się, przynajmniej częściowo — sami — myśli władza. Zasadniczo — kierunek słuszny, ale dlaczego za nasze, wyciągnięte przymusem pieniądze?

Dlaczego Związek Sportowy (Żeglarski) nie może utrzymywać się z... powiedzmy wydawania, praktycznych i poczytnych publikacji jak najbardziej na temat (niejedno wydawnictwo tak robi), albo z organizowania imprez (firmy na tym nie bankrutują), czy jakiejkolwiek działalności gospodarczej. Albo po prostu ze sportu? Podobno na całym świecie sport, to dochodowe zajęcie... Się po prostu nie chce? O ile łatwiej zmusić wszystkich, którzy mają coś wspólnego z wodą i poruszaniem się za pomocą żagla do płacenia haraczu za obowiązkowy kartonik albo inny przymusowy papierek.

Nikt nie liczy się z naszymi pasjami ani potrzebami. Za to bardzo liczą się z zasobnością naszych portfeli. Jesteśmy dyskryminowani we własnym kraju. Obcokrajowcy mają o wiele prostsze i łatwiejsze życie jeśli przyjdzie im ochota pożeglować na polskie wody (niedozwolona jest inspekcja techniczna oraz w zakresie wyposażenia i kwalifikacji załogi jachtów obcych bander — takie zapisy zawiera ustawa o administracji morskiej jak i nowelizowana ustawa o żegludze śródlądowej). Dbamy o zewnętrzny wizerunek — jeśli łupić, to lepiej własnych obywateli.

Janusz Drozd

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 1
Polska Federacja Żeglarska