Smok on the Water

Dobrowolność

W wolnym społeczeństwie każdy ma prawo robić, co chce, o ile tylko nie narusza wolności innych, ich bezpieczeństwa czy spokoju. Dlatego też ograniczanie jakiejkolwiek aktywności może odbywać się tylko w imię obrony cudzej wolności. Zezwolenia na uprawianie żeglarstwa miałyby rację bytu wyłącznie wtedy, gdyby żeglarstwo było zajęciem niebezpiecznym dla otoczenia. Dla otoczenia, a nie dla kapitana, jego załogi i jachtu. A nie ma żadnych powodów do twierdzenia, że żeglarstwo jest niebezpieczne dla otoczenia.

[ Rozmowa kajakarzy: - Słyszeliście, że żeglarstwo uznali za sport niebezpieczny dla otoczenia? - A wioślarstwo? - Wioślarstwo chyba nie... - Panowie!!! Musimy wlać jakiemuś wędkarzowi! Inaczej jesteśmy do tyłu! ]

Wszelkie statystyki i dane z krajów, gdzie rygory ograniczające żeglowanie są znacznie łagodniejsze lub nie istnieją w ogóle, nie uzasadniają tezy, jakoby istniała potrzeba chronienia osób trzecich przed osobami uprawiającymi żeglarstwo. Dlatego też nie ma żadnego uzasadnienia utrzymywanie systemu stopni żeglarskich, obowiązkowych rejestracji i nadzorów technicznych jachtów. Jedynym zagrożonym przez człowieka żeglującego bez patentu jest on sam, ale to ryzyko jest dozwolone i dopuszczalne, jak przy zjeżdżaniu na nartach ze zbyt stromej góry czy wychylaniu się z okna. Nikt nie proponuje zezwoleń na wychylanie się z okna, mimo, iż czasem ktoś z tego okna wypadnie.

Jacek Kijewski

Obserwując chocholi taniec lobby szkoleniowego przypomniała mi się stara bajka o psie i wilku. Wilk, choć biedny i ze zmierzwionymi kudłami — wolnością się cieszył. Pies kuzyna do służby pańskiej namawiał, zapominając niejako, że obrożą naznaczony przy budzie warować musi i za to właśnie michę dostaje. A jak źle na pana spojrzy, to zamiast michy kijem dostać może... Do takiej psiej wolności pod pańskim okiem PZŻ namawiają nas lobbyści — instruktorzy. Ogłaszają nas oszołomami, odsądzają od czci i wiary, bo na ich wzór i podobieństwo obroży i kagańca nosić nie chcemy. Sami, wykorzystywani przez swojego pana niemiłosiernie, łaszą się u nóg i skomlą. A pan wredny, interesu swojego pupila nie pilnuje, za swoim się oglądając... Chociaż jak było trzeba, spuścił ze smyczy, zdjął nawet kaganiec, a łagodny kundelek pokazał kły, w oczekiwaniu na nagrodę i łaskę pańską.

Żeglarstwo to wolność. Żeglarstwo to swoboda. Ale czy można swobodnie żeglować z kotwicą u nogi? Czy da się żeglować na uwięzi? PZŻ i wspierające go lobby szkoleniowe chciały by dalej być panami życia i śmierci żeglarzy. I nie ma w tym żadnej głębszej ideologii. Nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia. Poza jednym — chodzi wyłącznie o kasę. Swoboda żeglowania w Polsce, narzucanie obowiązkowych szkoleń, patentów, egzaminów jest ograniczana w imię mamony. Polski Związek Alpinizmu czy Motorowodny świetnie zarabiają na patentach w cenie 25 i 50 PLN. PZŻ-towi było mało tego, co biorą teraz. Chcieli więcej. Chcieli 250 PLN. Za co chcieli? — Za opłacenie wolności.

[ Faceci na łódce: - Rozumiesz Jaśiu, że jako szkoleniowcy musimy zająć stanowisko, że szkolenia są absolutnie obowiązkowo niezbędne... - Tak, tak, oczywiście. - I wiem, że dostaliśmy mandat, żeby tak twierdzić! - Od policji? - Nie... od całego społeczeństwa! ]

PZŻ-towi, który mieni się reprezentantem wszystkich żeglarzy nie wystarcza, że ktoś chce żeglować. Dla PZŻ to za mało. Jeśli ktoś chce, to jeszcze musi. Musi zapłacić haracz za wolność. Wolność, która w wielu cywilizowanych krajach jest w tej materii bezpłatna. Z uporem maniaka twierdzi „nasz” związek, ze czyni to w imię jakichś wartości, że dba o nasze bezpieczeństwo, że jak da wolność, to Polacy na nic innego nie czekają, tylko jak lemingi stadnie zaczną wsiadać na jachty i popełniać zbiorowe samobójstwa... Nie chce PZŻ przyjąć do wiadomości, że Polak niczym się nie różni od takiego Brytyjczyka czy Holendra, który w nosie mając wszelkie związki wsiada na całkiem pokaźny jacht i płynie, gdzie go oczy poniosą, bez żadnych obowiązkowych patentów i kursów. PZŻ próbuje nam odbierać swobodę żeglowania we własnym kraju. I na własnych jachtach. Wystarczy bowiem, że opuścimy granice naszego państwa i hulaj dusza, piekła nie ma. Wystarczy, że wsiądziemy na jacht pod banderą obcego kraju i możemy żeglować swobodnie, jak nam się żywnie podoba.

Związek nie widzi, że naraża się w ten sposób na śmieszność. Stoi na straży żeglarstwa jak ślepy żandarm, w okularach jak denka od butelek, który nie zauważył, że pistolet z kabury wypadł, pałkę i kajdanki zwędził jakiś młokos, a czasy się zmieniły i nikt już nie kradnie. Stoi i szczerzy wyszczerbione zęby pohukując dookoła groźnym basem, zamiast wysłać młodego zastępcę tam, gdzie naprawdę jest potrzebny. Ale stary żandarm się nie zmieni. Żyje w świecie, który pamięta sprzed 30 lat, kiedy wszyscy drżeli przed jego pałką a on był panem życia i śmierci. Nie dostrzega, że zamiast strachu budzi już tylko uczucie litości.

Radwan

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 1
Polska Federacja Żeglarska