Smok on the Water

www.kulinski.sail-ho.pl

Listy do Don Jorge

Serce mi się raduje, ale nie od tego przedsejmikowego gadania — bo to było zawsze, przed każdym Sejmikiem. Serce mi się raduje z innego powodu. Zaobserwowałem, że coraz większa rzesza „starych” żeglarzy odwraca się od Związku. [...]

Zaczynając w 1964 roku przygodę z żeglarstwem, jeszcze w Lidze Przyjaciół Żołnierza w Olecku, później klubie PZŻ-u; nie przypuszczałem, że za trzydzieści parę lat będziemy rozmawiać o Związku w kategoriach: „kto nie jest z nami jest przeciwko nam”; że organizacja stanie się niepotrzebna dla własnych członków, że może przyjdzie nam stawać przed dylematem całkowitej likwidacji Polish Yachting Association, której logo z dumą nosiłem na krawacie przez tyle lat, nosiłem — bo już nie noszę.

Dużo jest obecnie głosów o potrzebie założenia „konkurencyjnej” organizacji reprezentującej autentycznie interesy żeglarzy prywatnych, tych z P-20 i tych „dalekomorskich”. Podoba mi się list kpt. Wojciecha Kmity. To kolejny wybitny żeglarz, który nie widzi możliwości reformowania PZŻ. I ma rację (to moja opinia). Ta pozostałość po PRL-u ma głębokie korzenie, dlatego jest tak trudno o jakiekolwiek zmiany. Nie chcę pisać po imieniu, ale mam wrażenie, ze wraz z powrotem własności prywatnej — wielu działaczy myśli, że nadal maję pełne prawo rozporządzać majątkiem PZŻ, jak swoim własnym. PZŻ przypomina mi obecnie wielką firmę do robienia dużych pieniędzy. Sponsorzy, dotacje, fundacje. Wiadomym jest, że bez sponsorów żeglarstwo sportowe nie przeżyje, a że przy tym uchowa się paru „działaczy”... Pozycja monopolisty jedynie sprzyja. Nonsensem więc byłoby zabijać dojną krowę. Jakiekolwiek zmiany są więc „nie po linii i nie na bazie”. Nie łudźmy się więc, że kolejny Sejmik przyniesie nowego Prezesa, który „będzie z nami”. Prezesa, który odmłodzi „starego dziada”. Nie będzie nowego PZŻ-u! Nie będzie, bo być nie może! Mieć za to będziemy wielkie szczęście, jak „odpuszczą” i powstanie nowy dział np: „cruising” i pozwolą nam na „to” czy „owo”.

Drogi Don Jorge. Mieszkasz w Trójmieście. Popatrz na Zatokę, na redę Gdańska, czy Gdyni. Pustka! Nie ma statków, nie ma żagli. W Gdyni, na przeciwko reprezentacyjnego bulwaru, na przeciwko chluby polskich marynarzy — „Daru Pomorza” stoją zardzewiałe statki, które za chwilę się przewrócą. Nasi posłowie, ministrowie, premierzy — wszyscy zapomnieli, że mamy MORZE. Nasi ojcowie krew przelewali za dostęp do Bałtyku, a dzisiaj nikogo to nie interesuje. Nie łudźmy się więc, że ktoś się ujmie za garstką żeglarzy. W epoce „drapieżnego kapitalizmu” liczy się tylko pieniądz!

Sugestia kpt. Wojtka Kmity jest więc jak najbardziej na czasie. Trzeba wyłonić z nas ludzi odważnych, przedsiębiorczych, a przede wszystkim zdeterminowanych. Trzeba im dać „dobre słowo na drogę i dudki” i niech działają. Droga będzie długa i skomplikowana;myślę jednak,że będzie i tak krótsza niż ciągłe próby reformowania rzeczy niereformowalnych. My starzy będziemy mieć wreszcie satysfakcję, że coś się ruszyło, a młodzi wolne wyjście na morze. [...]

Bogusław Pazorek

Nieszczęściem polskiego żeglarstwa jest jego prawne uregulowanie w domenie działania Ustawy o Kulturze Fizycznej etc. z jednej strony i niektórych — ale tylko niektórych — paragrafów Kodeksu Morskiego, z drugiej.

Klucz do uzdrowienia sytuacji znajduje się nie na Chocimskiej, a na Wiejskiej. Ci z Chocimskiej to Związek Sportowy — powinni organizować zawody, wydawać licencje zawodnicze, dbać o reprezentacje narodowa na olimpiady i różne takie inne Mistrzostwa Europy. I robią to, podobnie jak robi to np. PZPN. Tylko, że mnie — w sensie zawodniczym; podwórkowemu kopaczowi — delikatnie mówiąc zwisa, kto komu sprzedał mecz i dlaczego, a kto został prezesem tego czy innego klubu. Per analogiam, jako osobnikowi lubiącemu żeglarski relaks, powinny mi zwisać przepisy regatowe i inne PZŻ-u. Ale nie zwisają, bo prawem kaduka mój wysłużony Nefryt, chcąc nie chcąc, jest jachtem sportowym a ja sportowcem (posiadam Sportowa Książeczkę Żeglarską) z całym dobrodziejstwem sportowych kwalifikacji (patenty rozmaite). To tak samo jakby Związek Narciarski uzurpował sobie prawo do wydawania rozmaitych patentów rozróżniających, kto może zjeżdżać; z Gubałówki (młodszy narciarz), a kto z Kasprowego (narciarz podstarszy). W narciarstwie takiej sytuacji nie ma, ale wyobrażając sobie, że jest — trudno by było aby grono prezesów Związku, w samej rzeczy zgromadzenie narciarzy nadstarszych, zechciało wnosić przed sejmowa izbę by cały ten układ rozwalić, zachowując władzę Związku tylko nad zawodnikami reprezentacyjnymi — a reszta niech sobie jeździ gdzie, i jak chce. Toż zgroza przecie i przeciąg by powiał po tych — pożal się Boże — gabinetach. Na to potrzeba ruchu oddolnego, który będzie naciskał na siłę sprawczą, a nie na beneficjentow, pozostawiając tym ostatnim jednie role opiniodawczą jako mało znaczącej rady starszych zasługami.

Natomiast co do Kodeksu Morskiego, to należy jachty potraktować podobnie, jak Kodeks Drogowy traktuje rowery; nie trzeba ich rejestrować, ani nie trzeba się legitymować, żadnymi na ich prowadzenie uprawnieniami. I to jest rozsądna analogia, bo nikt z przytomnych rowerzystów nie postuluje by wyłączyć welocypedy spod przepisów prawa (natomiast wielu mniej przytomnych żeglarzy postuluje by wyłączyć jachty spod KM). I by się nimi poruszać po drodze, to musza mieć jakieś swiatełka, siodełko i pedały — słowem niezbędne i zgodne z przepisami wyposażenie. Tutaj też, ci którym na tym zależy, powinni delikatnie poszturchiwać władze sprawcze, steranych odpowiedzialnością sportowców pozostawiając w spokoju.

Jarek Czyszek

Dyskusja przedsejmikowa, jak ja to widzę — idzie w złą stronę. Dyskutuje się nad kształtem „zawiadczenia o rejestracji” zamiast o tym do czego ten Związek być powinien. Jakiekolwiek przejmowanie od administracji państwowej jakichkolwiek funkcji administracyjnych nie służy ani żeglarzom ani szeroko rozumianemu bezpieczeństwu żeglugi. No chyba, że zastosujemy moje stare hasło, że jedynie całkowity zakaz pływania gwarantuje 100% bezpieczeństwo. Pamiętajmy, że administracja i to obojętne czy pańswowa czy PZŻtowska zawsze będzie dążyć do zwiększania restrykcji. Jest to naturalny proces z którego trzeba tylko zdawać sobie sprawę. Ośmielam się też twierdzić, że nie zależy to od osoby, samo wpadnięcie w tryby urzedniczej machiny wystarcza. Dlatego proponuję i namawiam gorąco do stworzenia Związku który zajmował by się GŁÓWNIE obroną żeglarskich interesów.

Jurek Różański

Ostatnia wiadomość o konferencji w Gdyni rzeczywiście nie napawa optymizmem. Nawet takiego outsidera organizacyjnego jakim obecnie jestem. Jeśli podczas wyborów na sejmiku wygrałaby opcja kontynuacji to być może jedyną drogą do przeprowadzenia pozytywnych zmian byłoby powołanie zupełnie odrębnego od PZŻ-u stowarzyszenia cruiserów. Droga bardzo trudna, ale nie tak niebezpieczna jak np. powołanie Platformy, bo przynajmniej formalne poparcie dużej rzeszy „wyborców” jest pewne jeszcze przed podjęciem decyzji.

Zmiana wielu przepisów (przenoszących część uprawnień PZŻ na nowy związek), często nawet na poziomie ustaw, to droga cierniowa, ale pewnie możliwa do przejścia w ramach jednej kadencji. Wszystko zależałoby od determinacji ludzi chcących poprowadzić nowy związek tą drogą. To jest oczywiście największa trudność każdej nowej inicjatywy, organizacji czy ogólnie mówiąc każdego działania: czy są ludzie, którzy mają chęć wykonać ciężką pracę zburzenia istniejącego ale nienajlepszego porządku i zbudowania nowego. W tym przypadku byłby to tylko nowy element struktury polskiego żeglarstwa — z definicji pozytywny bo skupiający wyłącznie ludzi mających do załatwienia wspólne interesy (i nie za bardzo mogących to robić w dotychczasowej strukturze!). PZŻ to (miejscami) piękna karta (historii?), ale skoro nie spełnia oczekiwań dużej części środowiska, które reprezentuje, i z takiego czy innego powodu nie daje się reformować, to nic poza chęcią niezadowolonych nie stoi na przeszkodzie by go opuścić i stworzyć własną organizację. Jeśli wygląda to jak modne w ostatnich latach „rozbijanie jedności” to nic na to nie poradzę.

Doceniam wartość i prawdziwość powiedzenia: „w jedności siła”, ale nie za wszelką cenę. Organizacja (każda!) MA REALIZOWAĆ INTERESY SWOICH CZŁONKÓW. Jeśli tego nie robi to nie jest ich organizacją. I jeżeli nie mają możliwości wyegzekwowania od niej obowiązku załatwiania ich interesów to MOGĄ założyć nową. Mam wrażenie, że cruiserów (trzeba by znaleźć wreszcie jakąś ładną polską nazwę dla tej grupy żeglarzy — jako przeciwstawienie ich sportowcom; na określenie „turyści” ja się nie zgadzam) nie za bardzo interesuje korzystanie z wypracowanego dotychczas prestiżu PZŻ-u jako krajowego związku sportowego, więc przynajmniej nie powinno być problemu z wątpliwościami typu: jeśli go opuszczę to sam wyrzucę się poza nawias...

Może się zdarzyć, że wybrane zostaną władze związku, które nadal nie będą walczyć jak lwy o sprawy interesujące niemałe przecież grono armatorów prywatnych jachtów (zarówno morskich jak i śródlądowych), i ogólniej interesy wszystkich żeglujących nie dla medali i korzyści innych niż czysta przyjemność spędzania czasu na łodziach. Czy wtedy powstanie organizacja, która z czasem przejmie uprawnienia PZŻ w sprawach ich dotyczących (pozostawiając związkowi wszystko to, czym dotychczas z zaangażowaniem — i sukcesami — się zajmuje), zależy wyłącznie od faktu czy znajdzie się grono osób chcących zorganizować „pospolite ruszenie” zainteresowanych.

Chyba mnie poniosło, przecież miałem już za bardzo nie angażować się w tzw. „działania społeczne” i pozostać przy swojej wizji żeglarstwa swobodnego, ale Ty potrafisz poruszyć czułe struny, i stąd wymknęła mi się ta przydługa myśl. Wcale niełatwo było mi tę myśl wyartykułować, bo od 11-ego roku życia byłem wychowywany w wielkiej atencji dla PZŻ-u i do dzisiaj niemało mi z tego pozostało.

Wojtek Kmita

Don Jorge,
od pewnego czasu nurtują mnie wątpliwości dotyczące działalności PZŻ w kwestii należytego reprezentowania interesów żeglarzy. Targany wątpliwościami udałem się w niedziele 27 lutego na walne zebranie Oddziału Warszawskiego Jacht Klubu Marynarki Wojennej „Kotwica”. Oddział „Atol” JKMW jest armatorem jachtu morskiego s/y „Farurej” i liczy sobie około 140 członków, w tym ok. 30 osób ze stopniem j.s.m. lub k.j. Korzystając z okazji, że na zebranie przybyło wielu kapitanów i sterników morskich oraz przedstawiciele WOZŻ i Prezes PZMiNW, pozwoliłem sobie poprosić zebranych o wyrażenie opinii o tym, jaką rolę winien pełnić PZŻ w polskim żeglarstwie. Zapytałem czy Związek ma być nadal rodzajem „żeglarskiej administracji” wymagającej więcej od żeglarzy niż wymaga tego polskie prawo, czy też powinien raczej ograniczyć się do spraw sportowych i stać się możliwie najlepszym reprezentantem interesów żeglarzy wobec administracji państwowej i innych grup społecznych w naszym kraju.

Komandor Klubu kpt. Zbigniew Patron stwierdził, że działania Związku w dużej mierze sprowadzają się do drenażu naszych kieszeni a interesy żeglarzy nie są przez PZŻ należycie reprezentowane. Ciekawy punkt widzenia przedstawił Kierownik Biura WOZŻ Waldemar Przykaza. Przyznał, że PZŻ nie dość aktywnie reprezentuje środowisko żeglarzy a nieszczęściem Związku jest to, że „z nazwy jest to związek sportowy a w rzeczywistości nie bardzo”. Jednak następna część wypowiedzi mogła wprowadzić wielu słuchaczy w błąd. Mówca stwierdził, że to Państwo nakłada na PZŻ obowiązek przeprowadzania egzaminów i wydawania patentów nie dając na to żadnych środków. W tym miejscu należy się czytelnikom sprostowanie: otóż wydawanie patentów żeglarskich są to zadania zlecone PZŻ i w każdej chwili Związek może zrezygnować z realizacji zadań, których się podjął. Dalszej części nieco demagogicznej wypowiedzi pana Przykazy nie warto przytaczać. Nie miałem wielkich nadziei na uzyskanie jednoznacznych opinii jednak zamiast konkretnej wypowiedzi na interesujący mnie temat, usłyszałem o internetowych żeglarzach i niepotrzebnych dyskusjach, których poziom jest żenujący...

Ciekawych informacji już po zakończeniu zebrania dostarczył mi natomiast, w prywatnej rozmowie Prezes PZMiNW Jerzy Czeszko. Otóż przyznał, że koszt wydrukowania patentu motorowodnego jest niższy niż 10 zł i jego związek doskonale zarabia na wystawianiu patentów w cenie 50 zł. W tym miejscu należy przypomnieć, że PZŻ za patent j.s.m. żąda 150 zł!

Reasumijąc, wydaje mi się, że znamiennym nie tylko dla „Atolu” ale także dla wielu innych klubów jest fakt, że zwykłych członków te sprawy niewiele interesują. Na zebraniu nie było żadnej merytorycznej dyskusji i nikt z młodszych żeglarzy nie zabrał głosu. Podejrzewam, że kapitanowie swoją drabinkę stopni już przeszli i są beneficjantami obecnego systemu a żeglarze i sternicy jachtowi czują się zbyt onieśmieleni w gronie starszych kolegów aby zabierać głos w dyskusji o roli Związku Żeglarskiego. Smutne to, lecz jak podejrzewam powszechne. Skutkiem takiego stanu rzeczy stosunkowo nieliczna grupa działaczy PZŻ wspierana przez lobby szkoleniowe, przy milczącej aprobacie ponad tysiąca kapitanów jachtowych utrzymuje swoje status quo rodem z minionej epoki przez ponad 15 lat od upadku socjalizmu w naszym kraju.

Nawet sam Prezes PZŻ stwierdził, że utrzymywanie 48 OZŻ-ów jest utrzymywaniem fikcji, a działalność w okręgach jest stylem życia pewnej grupy ludzi przynoszącym im prestiż i pewne dochody. Moim zdaniem to kluby żeglarskie muszą przebudzić się z letargu i zająć bardziej stanowczą i obywatelską postawę wobec OZŻ-ów, żądając właściwej reprezentacji interesów swoich członków. Niezbędne wydaje się także zlikwidowanie fikcji i dostosowanie struktury PZŻ to obecnego podziału administracyjnego kraju.

Łączę pozdrowienia

Krzysztof Bieńkowski

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 1
Polska Federacja Żeglarska