Smok on the Water

Jerzy Sychut

Kapitan jachtowy, na stałe mieszka w Szwecji, z zawodu jest informatykiem, twórcą stron WWW.

...los połączył mnie z historią i znalazłem się po drugiej stronie Bałtyku. Po zamieszkaniu w Sztokholmie, udałem się „za marzeniem” i zacząłem żeglować. Przez trzy kolejne lata — dla zdobycia wiedzy żeglarskiej — wieczorami studiowałem w szkole morskiej. Kupiłem tez wrak, którym w lecie żeglowałem, a remontowałem przez pozostałą część roku. W ten sposób stałem się jednym z tych, dla których morze stało się pasją.

Patenty — obowiązek, czy dobrowolność — Szwecja

Nie jestem zwolennikiem patentów ani wszelkiej biurokracji, lecz czasem się zastanawiam czy nie należy wziąć poprawki na „narodową” brawurę i brak respektu dla morza, jednak wybór pływania z patentem czy bez pozostawiłbym do rozważenia zgodnie z własnym sumieniem. Biurokratyczne wymagania nie zastąpią pokory, rozsądku, odpowiedzialności oraz umiejętności przewidywania i zapobiegania — czyli tego, co jest najważniejsze na morzu.

Znam wielu Polaków w Szwecji poruszających się po morzu bez jakichkolwiek uprawnień. Najczęściej przemieszczają się przy pomocy silników, wybierają ładną pogodę i jakoś się to kreci. Nie słyszałem by stwarzali zagrożenie ani w jakikolwiek inny sposób obciążali służby ratownicze, ale też na ogół poruszają się po osłoniętych wodach.

Bywa, że ten i ów rodak wejdzie w posiadanie żaglówki tylko dlatego, że lokalne przepisy nie wymagają żadnych uprawnień. Miewałem wątpliwą przyjemność udziału w rejsach prowadzonych przez takich armatorów (często bez kwalifikacji) i odczucie mam mieszane... Na ogół cieszyłem się, iż pogoda sprzyjała i udało się wrócić do przystani. Rejsy z kilkoma posiadaczami polskich patentów nasunęły we mnie podejrzenie, że uczy się tam nie tego, co trzeba (?). Potrafili zapanować nad komendami, choć nie zawsze właściwymi, lecz gubili się w nawigacji, ba nawet mieli trudności z czytaniem map. Zdarzyło się, że ten i ów, co „zdobył” Mistrzostwo Świata na Zalewie Zegrzyńskim miał spore trudności z rozróżnieniem lin, a rodak, co przepłynął Atlantyk w te i z powrotem, kilkakrotnie nie potrafił wcelować w odpowiednią „przegródkę” na przystani. Zapewne spotkałem osobników wyjątkowo odpornych na zdobycie umiejętności, ale reszta jest OK.

Kilku znajomych żeglarzy, znaczy tych, co się przemieszczają przy pomocy wiatru, posiada odpowiednie uprawnienia (choć nie zawsze patenty), ale też nie odważą się popłynąć w rejs bez solidnego przygotowania. Z grubsza można przyjąć, że żeglarze rodacy posiadają odpowiednie kwalifikacje, gdy motorowodniacy żadnych. Zapewne bierze się to z trudności w opanowaniu sprzętu.

Po wielu doświadczeniach z rodakami na morzu nabrałem podejrzliwości wobec kwalifikacji posiadaczy „polskich uprawnień” oraz ich „sukcesów żeglarskich”, natomiast nie mam obaw i z ochotą żegluję z tymi, co twierdzą, iż chcieli (!) żeglować tylko warunki nie sprzyjały. Znam ten ból i szanuję takie podejście, bo sam przez lata z zazdrością spoglądałem jak inni żeglują a nie miałem żadnych możliwości. Wydaje się do żeglowania konieczna jest właśnie szczera ochota, a nie patenty.

Posiadacze motorówek uważają, że szybkość zastąpi potrzebę wiedzy o meteorologii i znajomość przepisów, a umiejętność nawigacji zastąpi elektronika, i bez żadnego respektu dla morza planują coraz dalsze wyprawy. Być może jedynie brak funduszy na odpowiednią ilość paliwa zapobiegł kilku tragediom. Ci, co poruszają się przy pomocy wiatru na ogół doskonalą swoje kwalifikacje albo nie wychylają nosa na otwarte morze. Nie wydaje się by stwarzali jakiekolwiek zagrożenie dla siebie samych i innych.

Polskie ograniczenia związane z rozmiarami silnika wydają się niezrozumiałe i nie mają nic wspólnego z praktyką. Ograniczenia P-20, czy jakoś tam, też wydają się dziwne, bo każdy rozsądny, w niesprzyjających warunkach będzie się starał odpłynąć jak najdalej od brzegu. Pewnie długo można by się zastanawiać nad zakresem wiedzy potrzebnej polskiemu żeglarzowi i przepisami umożliwiającymi poruszanie się po morzu, ale ja nie o tym.

Od Szwedów wymaga się, by posiadali odpowiedni patent (skepparexamen), gdy poruszają się łódką, której jeden z wymiarów przekracza 12 m (długość) oraz 4 m (szerokość). Przepis ten nie zawsze jest respektowany, ale nie słyszałem o sankcjach. Łódki o takich rozmiarach powinny być rejestrowane w sądzie, który indywidualnie nakłada odpowiednie wymagania: np. wypłynięcie w rejs łódką o długości 26 metrów wymagało dwóch posiadaczy skepparexamen.

Patentów jest tu więcej niż w Polsce (bodaj 9 rodzajów), ale obowiązkowe nie są. Gdy na kilka lat rozłożyć ulgi w opłatach ubezpieczeniowych (5—10%), to zwracają się koszty wykształcenia. Dowolny patent daje ulgi w ubezpieczeniu. Dla uzyskania wspomnianego skepparexamen (yachtmaster) wymaga się wcześniejszego zdania egzaminu förarintyg (inshore yachtmaster).

„Akcenty” wymagań wiedzy dla zdobycia szwedzkich patentów żeglarskich są inaczej rozłożone i sprawdza się głównie znajomość przepisów morskich oraz umiejętność nawigacji. Wiedza o konstrukcji, nazwy olinowania czy zręczność wiązania węzłów nie są sprawdzane. Egzamin praktyczny zastępuje oświadczenie, iż kandydat posiada odpowiedni staż morski.

Najbardziej istotną różnicą jest sposób potwierdzenia teoretycznych kwalifikacji przez „komisje egzaminacyjne”, otóż w Szwecji egzaminują nie „komisje” a z awodowi Kapitanowie żeglugi wielkiej, na ogół emerytowani i z ustabilizowaną sytuacją finansową. Celujące zdanie testu nie zawsze gwarantuje otrzymanie patentu gdyż rozmowa po egzaminie czasami dyskwalifikuje „kujona”. Egzaminatorzy nie zawsze kierują się wynikami testów i bywa, iż po rozmowie przepuszczają tego i owego, co krzyżyk postawił w złym miejscu. Przywiązują oni sporą wagę do indywidualnych rozmów i na ogół rozszerzają niektóre pytania egzaminacyjne, a i też zadają sporo pytań dotyczących praktyki morskiej... Jak kto nie ma odpowiedniej praktyki to wpadka murowana.

Sądzę ze gdyby w Polsce przejąć szwedzkie przepisy nie od razu morze zaroiłoby się od łódek, ale systematycznie by ich przybywało. Wzrosłaby też potrzeba rozwijania wiedzy, bo jakoś tak jest, że razem z wydatkami na sprzęt posiadacze zastanawiają się nad jego używaniem bez uszkodzeń czy strat. Zapewne przybyłoby motorówek, których właściciele chcieliby wiedzę zastąpić brawurą, lecz wydaje się, że byłby to niewart uwagi margines „wyregulowany” przez stosowanie odpowiednich stawek ubezpieczeniowych.

Jerzy Sychut

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 1
Polska Federacja Żeglarska