Smok on the Water

Pól wieku na kotwicy

Popularna opinia na temat żeglarstwa jest taka, że jest to ekskluzywny i kosztowny sposób na życie. W amerykańskich filmach oglądamy czasem snujący gdzieś w tle jacht z półnagimi pięknościami na pokładzie. Albo panów na werandzie z widokiem na port, w białych spodniach i sweterkach polo popijających whisky.

Przez tysiące lat żeglowanie to była katorga i podstawowy środek komunikacji ludzkości, ale od kiedy wynaleziono maszynę parową, kolej i lotnictwo, żeglarstwo zostało oddane we władanie ludzi, którzy widzą w tym przyjemność a nawet sens całego swojego życia. Być na wodzie, zaprząc wiatr do działania, stracić ląd z oczu i odpowiadać za swój los — jest dla żeglarzy kwintesencją życia i przyjemności a bezpieczne przybicie do nowego wybrzeża to największa satysfakcja.

Żeglowanie nieodparcie kojarzy się z wolnością — rozumianą jako możliwości dokonywania wielu wyborów. Na lądzie używamy pojęcia „drogi” (życiowej) — mamy do wyboru „określone drogi”. Na wodzie, wydaje się, że dróg tych jest nieskończenie więcej, przy czym zdani jesteśmy tylko na siebie, swoje umiejętności i sprzęt, samotni — nie ma nikogo innego, więc w pełni odpowiadamy za decyzje, które podjęliśmy. Żeglowanie jest rodzajem ucieczki i buntu. Albo od zgiełku codzienności — choćby i na weekend, albo od całego życia na lądzie — wzorem mnichów — w surowość życia na morzu.

Żeglarstwo zawiera w sobie nutkę mistycyzmu. Poruszanie się na styku dwu światów — powietrznego i wodnego, znanego i nieznanego jest czynnością mistyczną. Ma to bezpośredni związek z symboliką świata zewnętrznego i wewnętrznego każdego człowieka. Ze świadomością i nieświadomością. Dlatego każdy żeglarz jest po trosze buntownikiem, ascetycznym mnichem, zakochanym w falach poetą (niekoniecznie piszącym) i ryzykantem, bo czasem żeglarstwo jest ryzykownym zajęciem. Na amerykańskich filmach panowie popijający whisky na werandzie z widokiem na port mają to wszystko przeżyte. Uśmiechają się spod białych daszków swoich kapitańskich czapek. I to są uśmiechy ludzi spełnionych.

U nas jak zwykle inaczej. Po wojnie, władza ludowa żeglarstwa zabroniła. Jako zajęcia niegodnego klasy robotniczej i chłopskiej. Burżuazyjne zamiłowanie do wolności i dziecięce marzenia o dalekich podróżach jakoś nie kleiły się z planami Wielkiego Brata. I chociaż komunizmu w Polsce nie wprowadzono (wg Stalina pasował nam jak krowie siodło), a żeglarstwa nie dało się zlikwidować ostatecznie, to jednak udało się stworzyć coś, co przez całe dziesięciolecia skutecznie nasz pęd do wolności, wiatru i wody hamowało. Polski Związek Żeglarski.

Komuniści może i byli bucami, ale nie można im odmówić sprytu i dobrej znajomości socjotechniki. Ponadto mieli konkretny cel: spacyfikować środowiska, które spacyfikować jest niezwykle trudno — luzaków, fanatyków swobody, często o podejściu anarchistycznym, element wywrotowy a nawet szkodliwy. Osiągnęli ten swój cel wieloletnią pracą „u podstaw”. Wmówili żeglarzom, że to nie oni sami odpowiadają za siebie tylko ich klub, związek, partia. To zresztą była tendencja ogólnonarodowa. Żeglarstwo miało być i było kuźnią kadr dla gospodarki morskiej i marynarki wojennej. Jachty przestały być własnością ludzi a z aczęły być własnością ogółu. Żeby jakoś to kontrolować, władza ludowa wymyśliła szereg restrykcji-przepisów, które umocowała na hipotetycznych zagrożeniach życia i mienia. Tak powstały klauzule, atesty, strefy pływania i inne „patenty”. Cały skomplikowany system, który miał utrudnić ludziom wypłynięcie na szerokie wody — bo tam czaił się groźny imperializm. Żeglarstwo, zwłaszcza morskie, zostało zformalizowane, zhierarhizowane i przybierało formy paramilitarne.

Jeśli pod szczególnym nadzorem byli ludzie, którzy dostawali listy „od wujka z zagranicy” to, co powiedzieć o ludziach, którzy sami za tą „zagranicą” bywali? I to w dodatku nie pociągiem relacji Warszawa—Berlin do bratniego demoludu, tylko gdzieś hen, hen, poza strefą kontroli. Ponadto przytrafiały się spektakularne ucieczki jachtów, zostawały całe załogi, i nie zawsze taką sprawę udawało się wyciszyć. Dlatego żeglarze, a z właszcza ci morscy byli bardziej na kontrolowanym niż inni hobbyści. Głównym kontrolerem, który jednocześnie był jednostką odpowiedzialną za całość żeglarstwa przed organem władzy ludowej był PZŻ.

Zbiorowa psychika PZŻ opierała się na socjalistycznej zasadzie nie wychylania się i maksymalizacji korzyści własnych. Działacze i prezesi PZŻ wzywani na dywanik, odreagowywali na szaraczkach. A to zabroniło się temu, a to nie dało tamtemu. A z czasem, z władzą dało się jakoś życie ułożyć — okazało się, że władza też czasem sobie lubi popływać. Stąd „szlachetny” zwyczaj wybierania na prezesa związku — premiera czy jakiegoś ministra, zawsze to lepiej mieć swojego pod ręką. Ten zwyczaj przerodził się w tradycję, która trwa do dziś.

W trakcie półwiecza rządów PZŻu związek zdziałał zadziwiająco dużo, jeśli chodzi o utrudnienie życia zwykłemu żeglarzowi. Trochę tłumaczy go fakt, że nie było jachtów prywatnych, tylko bardzo „socjalistycznie klubowe”. Umożliwiało to, zgodnie z piękną zasadą równości, dostęp do żeglowania pasjonatom, których w systemie imperialistycznego kapitalizmu na pewno nie byłoby na to stać. Ale zrównanie wszystkich i wspólna własność stworzyły nowe problemy — odpowiedzialności, które związek musiał jakoś pokonać. Kto odpowiada za ewentualne straty? Kto decyduje gdzie i kiedy płynąć? Jakiś system kontroli i hierarchii musiał zaistnieć. W imperialistycznym kapitalizmie, armator, czyli właściciel odpowiada i decyduje za wszystkich.

U nas właściciel był zbiorowy... w dodatku hierarchia była sprzeczna z ideą socjalistycznej równości. Dlatego system stopni był idealnym rozwiązaniem. Kariera możliwa dla każdego. Popłyniesz na morze, jak się będziesz uczyć i pracować dla klubu (ileż to godzin spędzało się w dzieciństwie szlifując słomkowe omegi). I trzeba było naprawdę na ten przywilej pływania zasłużyć. Wytworzyła się struktura na kształt drzewa, z tysiącami pasjonatów w klubach w całej Polsce u korzeni, kilkunastoma szczęśliwcami, którym pozwalało się zobaczyć dalekie morza i których pokazywało się potem dumnie jako owoc socjalistycznego żeglarstwa — przy pniu, i biurokratycznymi szkodnikami, które zżerały całą górę.

Szkolenia, licencje, patenty, przeglądy, atesty — to nie był skok na socjalistyczna kasę. Socjalistycznej kasy nie było. To było usprawiedliwienie miernoty, jaka panowała w kraju. Kiedy szczyciliśmy się swoimi kilkoma (w porywach kilkunastoma jachtami) kapitalistyczny imperializm produkował ich bezproblemowo dziesiątki tysięcy.

Dzisiaj mamy demokracje i wiele lat upłynęło odkąd wyprowadzono sztandar PZPR na ostatnim zjeździe. Znowu można pływać swoimi drogami i swoimi jachtami. Ale PZŻ ciągle jakby to samo. No może nieco odkurzone i odmalowane, żeby nie zalatywało od niego aż tak socjalistycznym zamordyzmem. Dzisiaj te czasy wrednego gnębienia zwykłych żeglarzy, którzy chcieli po prostu pływać, PZŻ nazywa 80 latami chlubnej historii — dodając sobie nieco siwizny kosztem przedwojennej, zupełnie innej organizacji.

To, że cokolwiek się w polskim żeglarstwie wydarzyło w ciągu tych 60 lat, to nie jest zasługa PZŻ. To jest zasługa pojedynczych ludzi, którzy tytanicznym wysiłkiem i nie oglądaniem się na kierunek wiatrów historii realizowali swoje marzenia.

Paweł Pawlicki

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 1
Polska Federacja Żeglarska