Smok on the Water

Dzwoń, dzwoń, dzwoń dzwoneczku...

Komu dzwonią, temu dzwonią... A mi dzwoni dzwon. Skąd więc się wziął dzwon... należy zacząć od wyjaśnienia, co to jest Carina. Otóż Carina, znana na świecie jako Carina 20, to taki wynalazek, który był produkowany w stoczni im. Teligi. Ma to 5 metrów 96 centymetrów długości, mieszczą się (na wcisk) 4 osoby, ale nie za duże, żagla ma 16 m². Takie maleństwo. Zaczynałem od Cariny samodzielne prowadzenie jachtów. Teraz jedna taka pływa, służy głównie do czarterów. Takie czasy. Pływać ma po wodach osłoniętych. Czyli Zatoka Gdańska konkretnie. Z Gdyni do Pucka na przykład. Aby taki jacht pływał legalnie, musi przejść przegląd jednego inspektora (kilkaset zł), drugiego inspektora (kilkadziesiąt zł plus stokilkadziesiąt za dojazd), zebrać masę kwitów... takie czasy, że „bez kwita nie da rady”. No to się kwity wyrabia.

Aby wyrobić kwit zwany Kartą Bezpieczeństwa, trzeba spełnić wymogi zawarte w zarządzeniu porządkowym Dyrektora Urzędu Morskiego w Gdyni z dnia 2.04.2002. Jest tam sążnisty załącznik, co musi być. Otóż musi być, zacytujmy: „1) Jacht w żegludze osłoniętej i na akwenach treningowych powinien posiadać: a) Pneumatyczną tratwę ratunkową ze zwalniakiem hydrostatycznym mogącą pomieścić wszystkie osoby znajdujące się na jachcie albo koła ratunkowe (przyjmując, że jedno koło utrzymuje na wodzie dwie osoby, składowane w sposób umożliwiający natychmiastowe użycie; w każdym razie na jachcie powinny znajdować się co najmniej dwa koła ratunkowe zaopatrzone w pławkę świetlną, tyczkę z flagą i linkę ratunkową)”.

No dobra. Wartość jachtu wynosi coś koło 6 tysięcy, wartość tratwy 8 tysięcy. Czy można więc ciągnąć na holu drugi jacht, żeby się przesiąść, jak ten pierwszy zatonie? Jesteśmy wszak 2 tys. zł do przodu!!!

Ale szczęśliwie przewidziano koła. OK, są dwa koła. Należy jednak zwrócić uwagę, że terminy „sposób umożliwiający natychmiastowe użycie” i „zaopatrzony w pławkę świetlną, tyczkę z flagą i linkę ratunkową” się wykluczają. Wie to każdy, kto na tak małym jachcie usiłował cały ten bajzel pomocować. A potem, choćby ćwiczebnie, rozplątać i rzucić potrzebującemu.

Dalej jest o pasach (pasy mam, choć tak naprawdę w obecnym stanie prawnym nie istnieje pojęcie „pasa ratunkowego”, są „indywidualne środki ochrony” spełniające taką lub inną normę. Dlatego czy ma to być kapok? a może kamizelka pneumatyczna? Czemu nie są uznawane? Albo miękka? Przecież nikt normalny na tak małym jachcie nie siedzi w korkowym kapoku... czyli jak wypadnie za burtę, to najpewniej więc bez kapoka w ogóle).

Dalej mamy sążnistą tabelkę wyposażenia nawigacyjnego. Kompas, lornetka, sekundomierz... mapy morskie, locje morskie, spis świateł... to jakbym sam nie wiedział bez podpowiedzi Wysokiego Urzędnika? Jakieś radio do odbioru prognoz. W żegludze osłoniętej, tj. z Gdyni do Pucka? No można... choć z reguły prognozę sprawdza się przed wyjściem, żegluje 3-4 godziny... a w radiu nadają ją dwa razy na dobę o pogańskich porach.

Wyposażenie przeciwpożarowe... no dobrze, gaśnica grupy ABC 2 kg. Sęk w tym, że popularne samochodowe to 1 kg BC. Małymi literkami ewentualnie... Wiadro z linką, szczęśliwie toporek nie jest konieczny do 7 metrów. Srogie przepisy nakazują mi posiadanie kotwicy, cum, odbijaczy... No tak, sam z siebie nie wiedziałbym, że takie rzeczy się wozi. Skąd... w porcie jacht do brzegu przywiązuję wszak na sznurowadło.

Wyposażenie awaryjne składające się z narzędzi i części zapasowych. Jakich narzędzi? Tego prawodawca nie mówi. Czuję się zagubiony. Czy scyzoryk Victorinox na takim jachcie jest ok? Nie jest ok? A dwa Victorinoxy? A jak dołożę śrubokręt TOPEX? Czy liczy się tylko Stanley?

Ale ciekawostki zaczynają się przy wyposażeniu sygnalizacyjnym. Mam mieć latarnię zieloną, czerwoną, masztową, rufową, kotwiczną, dwie awaryjne czerwone. Mam mieć też kulę — jakbym stał na kotwicy, to muszę to oznaczyć. I stożek, jakbym szedł też na silniku. Moment, a jak nie mam silnika? Tylko nie mówcie, że nie macie silnika, wszak zawsze mieć możecie.

Muszę mieć też dzwon okrętowy! I tu zaczęło coś dzwonić, choć nie wiadomo, w którym kościele. Otóż teoretycznie dzwon okrętowy może być zastąpiony (ale tylko na małym jachcie) czymś innym do robienia hałasu. Praktycznie — pan od przeglądu wyposażenia ma takie kratki, w które musi wpisać, czy dzwon jest. Tego, co małymi literkami o zamianie dzwonu na gwizdek, już przy kratkach napisanego nie ma, więc wymaga dzwonu. Inaczej nie da Bardzo Ważnego Protokołu, na podstawie którego wydadzą potem Kartę Bezpieczeństwa.

Co się miałem kłócić? Nabyłem dzwon. Teraz Carina będzie dzielnie żeglować ze Świbna do Górek, dzwoniąc radośnie. Przepisy nie określają wielkości dzwonu, więc dzwon jest nieduży - tak na większego barana można zawiesić. Skoro jednak władza żeglarzy ma za baranów, którzy tylko czekają, żeby zacząć pływać bez map, cum, kotwicy i wiadra z linką (takie bez linki się nie liczy, bo żeglarz sobie linki nie dowiąże w razie potrzeby), to już wiem, skąd ten dzwon. To pierwsza przymiarka do obowiązkowego zawieszenia każdemu żeglarzowi na szyi. Żeglarz oznakowany i dzwoniący łatwiejszy jest do upilnowania. Przez co urzędnik ma więcej czasu i mniej zmartwień. A przecież tylko o to chodzi.

Jacek Kijewski

P.S.
Jednym ze sposobów wzywania pomocy jest wystrzał z działa. Domyślam się, czemu nie wymaga się dział na jachtach. Zirytowani żeglarze mogliby ich użyć niezgodnie z zaleceniem...

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 2
Polska Federacja Żeglarska