Smok on the Water

Płynie Wisła płynie...

Żeglarstwo jest chyba jedną z ostatnich dziedzin, jaką kojarzymy z Warszawą. A przecież przecinająca stolicę rzeka może być atrakcyjnym żeglarsko akwenem. Trzeba tylko przypomnieć sobie czasy sprzed kilkudziesięciu lat, gdy Zalew Zegrzyński nie istniał i spróbować samemu. Oto wspomnienia z jednego z warszawskich rejsów.

Długo nie mogłem doczekać się sprzyjających warunków. Wartki wiślany nurt sprawia, że pływanie (o ile nie zamierzamy się ograniczać do biernego spływania z prądem) udaje się najlepiej przy wietrze wiejącym pod prąd, tzn. z kierunków od zachodniego do północnego. W roku 2005 lato i początek jesieni było zdominowane przez pogodę wyżową, przynoszącą wiatry z kierunku południowo — wschodniego. Dopiero w połowie października wiatr zmienił kierunek na północny, przynosząc silne ochłodzenie, ale też i nadzieję na udany rejs. Zaczynało już zmierzchać, gdy w październikową sobotę przepchnąłem „Leśnego Dziadka” przez mieliznę przy wyjściu z kanału Portu Czerniakowskiego na wysuszoną przez wiosenne upały oraz letni i wczesnojesienny brak opadów Wisłę.

Miałem przygotowaną latarkę na wypadek policyjnej kontroli; paliłem też światło w kabinie, dobrze widoczne dookoła przez duże orionowe okna. Pod grotem i genuą posuwałem się sprawnie pod prąd, pomimo że powyżej „Grubej Kaśki” północny, prawy brzeg Wisły wyraźnie przesłonił wiatr. Osiągnąwszy Most Siekierkowski zacząłem się zastanawiać nad wyborem miejsca na nocny postój; w grę wchodził cypel oddzielający dwa klubowe baseny portowe powyżej mostu. Ale od tego miejsca Wisła ponownie zmieniła kierunek na południkowy i wiatr wzmógł się wyraźnie. Tymczasem księżyc na krótko przed pełnią wznosił się coraz wyżej zalewając bladym światłem lekko pomarszczoną powierzchnię Wisły, a także moje żagle. I jak tu nie ulec pokusie? Postanowiłem, więc płynąć dalej.

Bezbłędnie odnalazłem przejście pod lewy brzeg omijając pierwsze rozległe mielizny. Wkrótce na granatowym tle nieba zamajaczyły przewody siekierkowskiej linii energetycznej. Przeszedłem pod nimi, jak zwykle zadzierając do góry głowę, po to aby raz jeszcze przekonać się jak złudna bywa ocena ich wysokości. Ominąłem w sporej odległości czerpnię wody dla EC „Siekierki” pamiętając o ostrzeżeniu przed niebezpieczeństwem, i ponownie zagłębiłem się w dziką Wisłę. Tak jak i w poprzednich moich rejsach, silny prąd na przewężonym odcinku powstrzymał dalsze posuwanie się jachtu, na dodatek nie dostrzegłem w porę czegoś twardego, wywołującego wściekłe kotłowisko na powierzchni wody, wskutek czego zatrzęsło konwulsyjnie sterem. Znalazłem jednak wolne od mielizn przejście poza nurtem.

Pamiętałem z poprzednich rejsów o jeszcze jednym niebezpieczeństwie, ale tym razem nie udało mi się wypatrzyć ani usłyszeć pluskającej połaci wody przed wejściem na szeroko rozlany odcinek Wisły. Może wcale nie była to rafa kamienna, jak myślałem wcześniej, tylko nieistniejąca już piaszczysta przykosa? Na wszelki wypadek trzymałem się od prawego brzegu z dala. Uznawszy, że pora zakończyć pierwszy etap rejsu postanowiłem dobić do plaży naturystycznej. O tak późnej porze roku jest szansa spotkać tam, co najwyżej — wędkarzy. Naturystom mogłyby się nie spodobać moje tekstylne przecież żagle...

W mroku dostrzegłem segmenty rurociągu pozostałe po pracującej tu niegdyś pogłębiarce, po czym energicznie wbiłem się w piaszczysty, osłonięty całkowicie od prądu brzeg. Nie było to może wymarzone miejsce z uwagi na zalegające obok błotko pozostałe w miejscu jednej z odnóg rzeki, jaka płynęła tędy przy niskim stanie wody, za gwarantujące brak wszelkich niespodzianek, jakie mogą zdarzyć się w razie zakotwiczenia na bieżącej wodzie. Rzuciłem zatem dziobową kotwicę w owo błotko, a dla pewności — kotwicę rufową bardzo blisko brzegu. Brzeg ten okazał się całkowicie wynurzoną przykosą — mimo że jacht stał „longside”, można było opuścić niemal cały miecz. Przed snem rozejrzałem się jeszcze po odludnej okolicy, gdzie jedynym znakiem wielkiego miasta są odległe o parę kilometrów trzy wielkie kominy EC Siekierki, błyskające jaskrawoczerwonymi światłami...

Nocą temperatura w kabinie nie przekraczała 10stopni. Do tego jeszcze wiatr targał olinowaniem; dzwonią fały o maszt, od czasu do czasu wanta wpadała w wibrację wywołując przeciągłe wycie. Dlatego spałem dość krótko — po godzinie 6 zasnąć ponownie już nie mogłem z powodu zimna. Niespiesznie zjadłem śniadanie, zastanawiając się, jakich żagli tym razem użyć.

Postanowiłem póki co postawić genuę, pozostawiając grota sklarowanego na bomie. Wybór okazał się słuszny: jeden żagiel o sporej powierzchni w zupełności wystarcza aby pchnąć jacht pod prąd, a w razie „podbicia” płetwy sterowej na płyciznach mogę w miarę łatwo opanować tendencję jachtu do ostrzenia. A te mielizny dawały się coraz częściej we znaki: boi wyznaczającej szlak w labiryncie płycizn które widziałem tu rok wcześniej już nie było; uprzątnięto je pod koniec sierpnia w obliczu krótkotrwałego zresztą i niezbyt wielkiego przyboru wody? Niemniej jednak odnalazłem z pamięci drogę do „archipelagu” Wysp Zawadowskich, którego nie zdołałem pokonać w lipcu. Tym razem sytuacja była odmienna: wiatr wiał nie z zachodu lecz z północy, toteż sprawnie przerzucił mnie pomiędzy wyspami a lewym brzegiem. Za to stan wody okazał się dużo niższy: drogę na wprost zagrodziła piaszczysta łacha, sięgająca niemal lewego brzegu i zmuszająca mnie do opłynięcia ostatniej z wysp od północy. Niestety do tego miejsca wiatr nie docierał.

Spróbowałem szczęścia pod lewym brzegiem, zanim jednak tam powróciłem, siadłem na rozległej płyciźnie Widząc że płycizna sięga brzegu zawróciłem ponownie w kierunku wyspy — i znów prąd zniósł mnie z powrotem. Silnik pozostawiłem w domu, pagajowanie w pojedynkę nie wchodziło w rachubę, ale... miałem jeszcze całego grota w rezerwie.

Postawiłem go więc... i pomalutku pokonałem „martwą strefę”. Dostawszy się w strefę „świeżego”, nie przesłoniętego wyspami wiatru postanowiłem jednak prędko pozbyć się nadmiarowego żagla. Mimo że zawadowskie wyspy zostały daleko z tyłu, żeglowanie nadal nie było łatwe: gdzie się podziała ta Wielka Wisła? Raz po raz trzeba było mijać rozległe łachy... Wkrótce zobaczyłem ujście Jeziorki: tu dotarłem pod koniec lata rok wcześniej, ale z pomocą silnika. Wszelkie moje dotychczasowe rekordy zostały zatem pobite, od tego miejsca każdy metr liczył się już do nowego.

Minęło południe; pora było myśleć już o powrocie. Chciałem jednak osiągnąć jakiś charakterystyczny punkt. Na razie przygotowując się do drogi powrotnej przybiłem do piaszczystej łachy, gdzie zmieniłem genuę na foka, oraz ponownie postawiłem grota. Pod prawym brzegiem dostrzegłem jakąś zardzewiała żelazna kratownica; czy to szkielet zatopionej i przewróconej na burtę barki czy może marne resztki legendarnego polowego mostu dla czołgów? Ale przyczółków nie dostrzegłem, mimo że jak miało się okazać, żelastwo leżało dokładnie na przedłużeniu szosy z Konstancina do Ciszycy. Tymczasem z góry, z prawej strony kolejnej po „archipelagu zawadowskim” zadrzewionej wyspy nadpłynęły dwa kajaki, a po jakimś czasie trzeci. Uznaję jednak przebytą przez nie drogę za „mało przekonywującą”, decydując się na przejście z drugiej strony. Słusznie: wkrótce dostrzegłem farwaterową boję. Wyspa się skończyła, daleko przede mną na wprost jakieś betonowe ostrogi ze stojącymi na nich samochodami, po lewej burcie — coraz bliższy, widziany już od dawna komin ciepłowni w Karczewie.

Dobiłem wreszcie do łagodnego, lewego brzegu, powyżej owych ostróg, naprzeciwko pogłębiarki pracującej pod brzegiem prawym. Zacumowawszy jacht wspiąłem się na wał przeciwpowodziowy, aby rozejrzeć się po okolicy. Karczewski komin widniał dokładnie na wprost po przeciwległej stronie, na „moim” brzegu można było dostrzec inny odległy komin, należący do konstancińskiej papierni. Ale i tak nie jestem pewien, gdzie jestem. Dopiero tydzień później, gdy dotarłem ponownie na to miejsce od strony lądu, rowerem, okazało się że osiągnąłem miejscowość Gassy — położoną dokładnie naprzeciwko Karczewa.

Kolejne pół kilometra dalej na wale przeciwpowodziowym na poczerniałej tablica kilometrowej widniał napis: 487. A to oznaczało że w ciągu niespełna doby pokonałem wyłącznie przy pomocy żagli 23,5 km Wisły pod prąd.Pozostał przede mną już tylko powrót. Minęła piętnasta — jeszcze trzy godziny dnia. Mimo to wiatr nie osłabł, toteż mając w perspektywie długotrwałą halsówkę postanowiłem mocno zarefować grota. To jednak miało okazać się niewystarczające: nadciągnął deszczowy szkwał. Dobiłem do wyspy, gdzie zmieniłem foka na „sztormowego”. Mimo że po przejściu chmury płynęło się zdecydowanie wolniej, nie pora było myśleć o kolejnej zmianie sztaksla, bowiem nadciągały nowe szkwały, i kosztowałoby to zbyt wiele cennych minut.

Na kursie, daleko przede mną dostrzegłem szybkie i hałaśliwe pojazdy wyrzucające zza siebie wysokie fontanny... nie, nie wody lecz piasku. Tam gdzie dresy na skuterach wodnych nie dotarły, ich miejsce zajmują dresy na quadach. A rozjeżdżane przez nich łachy stanowią na wiosnę tereny lęgowe rzadkich gatunków ptactwa...

W pewnej chwili mocno siadłem na mieliźnie. Trzeba było zejść po raz pierwszy do chłodnej wody, co kosztowało sporo czasu. Słońce skryło się już za lewym brzegiem, gdy dotarłem do Zawad. Nieoczekiwanie powrót z prądem okazał się dużo trudniejszy niż droga pod prąd. Na całej szerokości przesmyku — płytko, nawet pod urwistym brzegiem gdzie nurt wartki. Dlaczego Wisła nie stosuje się do opisów locji rzecznej z podręczników PZŻ?

Znów ugrzęzłem na płyciźnie, do tego jeszcze w zapadającym już zmroku nie mogłem dostrzec dna. Kilkakrotnie schodziłem do wody, mozolnie spychając jacht w dół, a niejednokrotnie popychając w przeciwnym kierunku, z pomocą wiatru. Jest zimno, ale nie mogło być mowy aby pozostawić tu jacht i wrócić na piechotę! Wreszcie wydostałem się z pułapki. Może za rok warto będzie sprawdzić, czy nie da się minąć wysp od strony prawego brzegu? Jest tam szeroko; może to tam ulokował się obecnie główny nurt, skoro od strony brzegu lewego jest tak beznadziejnie płytko?

Droga poniżej Zawad też nie była łatwa. W zawirowaniach nurtu kilkakrotnie straciłem sterowność, wskutek czego w końcu stuknąłem dziobem o betonowe umocnienia. Na wiosnę konieczna będzie mała reperacja. Oddalić się na bezpieczną odległość nie pozwalała mi płycizna na środku koryta. Wreszcie minąłem pogłębiarkę; odtąd zrobiło się nieco łatwiej. W pewnej chwili zorientowałem się, że plaża, na której nocowałem pozostała już za rufą. Wiatr prawie ustał, toteż wpłynąwszy w przewężenie, gdy tylko minąłem kotłowisko wody, jakie w świetle księżyca wypatrzyłem tym razem w porę — ponownie postawiłem marszowego foka.

Na rozrefowywanie grota szkoda mi było czasu. Prędkość i sterowność wyraźnie się poprawiła. Bez większych problemów minąłem Siekierki oraz linię WN. Przed Mostem Siekierkowskim znów zatrzymałem się na mieliźnie, ale tym razem do zejście do wody chodzić nie było konieczne. Czując się już prawie jak w domu; uważnie przyglądałem się pracującej przy „Grubej Kaśce” pogłębiarce, aby tylko nie zrobić jakiegoś głupstwa na sam koniec rejsu. Przepłynąłem pod mostem Łazienkowskim omijając podwodne niespodzianki, które kilkakrotnie już „zaliczałem” w tym miejscu. Wreszcie ostatnie, w pełni już przewidywane wejście na mieliznę — tę w pobliżu portu. Chwilowy podmuch wiatru dosłownie przerzucił mnie ponad podwodnym piaszczystym wałem; konieczna była tylko niewielka korekta pagajem, aby i do portu dało się wejść na żaglach pod bramą przeciwpowodziową — niski stan wody wreszcie okazał się moim sprzymierzeńcem! Minęła godzina 22; zmarznięty, ze zgrabiałymi dłońmi postanowiłem, że nowych „rekordów” w kończącym się sezonie już bić nie będę. Ale w nadchodzącym?

Tomasz Janiszewski

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 2
Polska Federacja Żeglarska