Smok on the Water

Ambasadorem tam, a nawet i z powrotem

Źle ze mną — sam zdiagnozowałem się zimą. — Dniami i nocami siedzę w studio — bez okien i w dodatku pod ziemią — bo firma, jakby nie było — rodowód ma „podziemny”. Siedzę klepiąc jakieś durne filmy, których i tak nikt nie ogląda. Rodzina mnie nie zna a życie przecieka gdzieś pomiędzy klawiszami. To prawda — potrzebuje wakacji.

Zapytałem Janusza czy można z nim popłynąć.

— Jasne, że można — odpisał — musisz tylko zaklepać termin.

Janusza poznałem przy okazji działalności w nowej żeglarskiej organizacji, w której zacząłem działać na początku wirtualnie, a potem całkiem realnie wydając ilustrowaną gazetkę. Robił wrażenie bardzo rozsądnego człowieka i szefował w legnickim klubie żeglarskim. Poza tym miał fajną marynarkę i chciało mu się ganiać pociągiem z Legnicy do Warszawy na rozmowy z ważnymi ludźmi. Znajomość z rozsądnym człowiekiem, któremu na dodatek się chce ma dla mnie szczególne znaczenie, bo dookoła takowych jak na lekarstwo. Zaklepałem, więc termin — nie wiedząc dokładnie, z kim ani gdzie pojadę — ale już sam fakt, że robię coś dla własnej, a nie innych frajdy — budził zrozumiałe emocje, bo do tej pory zaspokajałem potrzeby żon, dzieci, teściów, wspólników i całej gromady ludzi dookoła nie zastanawiając się tak naprawdę czego chce ja.

[ Paweł (przed lustrem): - Mam podkrążone i przekrwione oczy, całymi dniami oglądam historie o Żydach, działaczach Solidarności, KOR-u i inne takie martylorogiczne dzieła... W nocy za to śnią mi się statki i jachty... ]

Oczywiście wymyśliłem na własny użytek przykrywkę — ma to być rejs „sprawdzający w celach dokumentacyjnych”. Bo mam taki pomysł na program telewizyjny. Trzech panów na jachcie i kot, płyną dookoła Bałtyku. Jak w książce Jerome'a tylko trochę inaczej. Ale to trzeba sprawdzić i zdokumentować.

Więc było nas trzech — Janusz, Piotrek i ja a rolę kota odegrały trzy gracje — moje nastoletnie córki. Piotrek, który nigdy nie był na jachcie, znakomicie się do roli jednego z panów nadawał — ma niezwykle rozwinięty zmysł krytyczny i potrafi w uroczy sposób narzekać na wszystko naokoło. Jest moim przyjacielem od zamierzchłych czasów a jego jedyną wada to przesadne jak na mój gust zaufanie do technologii. Na początku chciałem zabrać któregoś z kolegów operatorów, niestety wszyscy byli zajęci a jedyny wolny miał ponad dwa metry wzrostu.

Padło, więc na Piotrka i dobrze, bo pół roku wcześniej namówiłem go na kurs radiooperatora bliskiego zasięgu z DSC, czyli dodatkową umiejętnością wysyłania sms-ów ratunkowych z jachtu i miałem nadzieje, że sobie tę nową umiejętność Piotrek w czasie rejsu utrwali. Oczywiście chodziło mi o użycie radiotelefonu a nie o wysyłanie sms-ów ratunkowych.

Po jakie licho namówiłem Piotrka na kurs — do dzisiaj nie wiem. Nigdy się nie interesował żeglarstwem ani jakimkolwiek pływaniem. Chyba namówiłem go po to, żeby nie chodzić samemu.

W Warszawie jest takie miejsce, w którym każdy zdołowany facet odzyska humor. I wcale nie jest to pijalnia procentowych trunków tylko sklep „Conrad” na Placu Konstytucji. Mają tam setki tak cudaśnych gadżetów, że aż czasem się nie chce wierzyć, że ludzki umysł mógł stworzyć coś tak wyrafinowanego. Na przykład czapki z daszkiem z dziurą w środku daszka, nad którą zamontowany jest wentylatorek zasilany z małego panela słonecznego. Idealne na bezwietrzną upalną pogodę. Albo uniwersalna ładowarka do telefonu komórkowego na korbkę. Z radiem i latarką. Co do latarek, to mam ich z Conrada pokaźną kolekcję. Za każdym razem, kiedy przytrafi a się jakaś większa domowa awantura moja kolekcja super gadżetów się powiększa. Ostatnio przybyło mi radio „globalne” Sangean, dobre do odbierania prognoz pogody i faksów na morzu. Awantury też się mogą do czegoś przydać.

[ Latarka + ładowarka + radio. Marysia miała ten zestaw na obozie harcerskim i bardzo się sprawdził. Ładowarka: 1 minuta kręcenia korbą = 1 minuta rozmowy przez komórkę. Radio: SANGEAN dobre do kuchni ale drogie. ]

Ucieszyłem się na wyprawę, bo oprócz sprawdzenia i udoskonalenia umiejętności radiooperatorskich miałem nadzieje sprawdzić przydatność radia Sangean do odbierania prognoz pogody i faksów na morzu. Bo na lądzie odbierało tylko niezliczoną ilość stacji z muzyką...

Janusz opłynął już prawie wszystko, co nadawało się do opłynięcia, akurat miał urlop i zgodził się wcześniej. Jacht był własnością jego klubu a Janusz znał rejony, w które się wybieraliśmy, chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, w jakim kierunku popłyniemy. Zakładałem słusznie, że Janusz zna wszystkie możliwe rejony wszystkich możliwych kierunków.

W sobotę o świcie na stacji Szczecin Dąbie wypakowaliśmy siebie oraz tobołki z pociągu jadącego z Warszawy. Najtrudniejszą częścią podróży była kalkulacja, co bardziej się opłaca - jazda pociągiem czy samochodem. Wybraliśmy pociąg, ze względu na wygodę i komfort podróżowania. Chciałem mieć przedział dla siebie - kupiłem, więc bilety w pierwszej klasie — ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w pierwszej klasie nie ma zniżek i moje córki musiały mieć bilet jak każdy dorosły... Hmmm... To powiększało nieco koszty i poważnie zaczynałem żałować decyzji o podróży pociągiem, tym bardziej, że o ile w naszym kraju zaszły gigantyczne zmiany, związane ze zmianą ustroju i rozwinięciem się gospodarki rynkowej to jakoś, nie wiedzieć czemu, zmiany te ominęły Koleje Państwowe, gdzie w pociągu międzynarodowej relacji można się swobodnie poczuć jak za dawnych lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

— Nie jest tu zbyt czysto — stwierdziła moja najstarsza córka, która właśnie wróciła z wakacji u rodziny we Francji — powinniśmy lecieć samolotem.

Na takie uwagi zwykłem kiedyś odpowiadać umoralniającą przemową na temat stanu ojcowskiego portfela, ale wobec niezbitych faktów ograniczyłem się tylko do przewalania oczami i robienia błagalnej miny. Tak więc, wysiedliśmy z pociągu biedniejsi o kilkaset złotych ale za to bogatsi w stare-nowe doświadczenia dotyczące podróży w PRLu.

Byliśmy obwieszeni tobołkami — dziewczyny miały jednakowe żeglarskie worki z jasnego płótna — pozostałość po poprzednich wakacjach na mazurach, Piotrek dwie turystyczne torby skrzyżowane na paskami na piersi — wyglądał w nich jak idiota, natomiast ja miałem na głowie gustowny kapelusz w stylu safari znanej firmy, który doskonale nadawał się do każdej sytuacji a zwłaszcza na przejażdżkę wielbłądem. Niestety na stacji nie było wielbłądów, musiałem więc taszczyć worek, walizę z kamerą i ogromny żółty refl ektor — szperacz, oczywiście ze sklepu Conrad, który wzbudzał ogólną zazdrość współpasażerów.

[ Piotrek przystosowany jest do podróży lotniczych. Dlatego posiada tylko bagaż podręczny... Aniołki Charliego zapakowały się w bardzo eleganckie worki żeglarskie. Ja, w moim kapeluszu, wyglądałem bardzo ponętnie i czułem się jak pogromca pustynie... ]

Jeden nawet podszedł do nas i pytał czy jedziemy na przystań — to znaczy wyglądaliśmy bardzo żeglarsko — i że chętnie z nami pojedzie, bo nie ma na taksówkę. Na szczęście Janusz, który dojechał jeszcze w piątek z Legnicy już nie spał i przyjechał po nas swoim autem. W tym momencie muszę przyznać, że telefon komórkowy, przed którym broniłem się przez całe lata, to rzecz cenna... Dryn dryń i już się dogadujemy, kto, gdzie i kiedy. Zastanawiam się jak można było żyć parę lat temu, bez telefonów komórkowych...

Janusz lubi jeździć szybko i ma ku temu odpowiednie warunki. Więc ani się nie obejrzeliśmy jak znaleźliśmy się na przystani AZS-u Szczecin.

Nasz jacht był Szantą 950 i nazywał się Ambasador. Wyglądałby nawet bardzo ładnie, gdyby nie ogromny napis z nazwą na burcie i finezyjną falą. Napis zdawał się być większy od samego jachtu. Graficznie w stylu lat 80. Popatrzyłem na inne łódki i zauważyłem, że to taki nasz polski zwyczaj, umieszczanie ogromnych nazw na burtach. Łódki z banderami niemieckimi, których kilka cumowało w Dąbiu zupełnie nie były dotknięte tym kataklizmem. Przypuszczam, że to zwyczaj pochodzący z czasów, kiedy nie znano jeszcze radia a wiadomości z morza przekazywano pocztą pantofl ową. Polskim jachtom nie wolno było wpływać do obcych portów ze względu na brak paszportów i nazwa jednostki musiała być identyfikowalna z dużej odległości, żeby potem „łon-łonemu, łon-łonemu”, przekazał, że taki to a taki jacht jeszcze pływa i nie wpływa...

Po rozpakowaniu bagaży jedziemy na zakupy. Dziewczyny zostają na jachcie i odsypiają podróż, z czego się bardzo cieszę, bo chodzenie z kilkunastoletnimi pannami po sklepach skończyć się może tragicznym drenażem portfela... A supermarkety w Szczecinie wyglądają tak samo jak w Warszawie...

W sklepie z częściami do ciężarówek udaje nam się kupić nowy prostownik. Nawet dostajemy mały upust z ceny. Poprzedni zniknął w czasie zimowania jachtu w tajemniczych okolicznościach. A zwykły samochodowy, który przywiózł Janusz się spalił. Poza tym odbieramy zakupiony poprzez internetowe Allegro mały agregat prądotwórczy.

Byłem tym faktem w pewnym sensie podekscytowany, bo to pierwsze moje zakupy na Allegro. Kilka dni wcześniej zadzwoniłem pod numer telefonu podany w ofercie. Pan był zaspany i ogólnie niechętny, ale po krótkiej rozmowie, i moich fascynujących opowieściach, że agregat jest nam potrzebny na jacht, i że w sobotę wypływamy zgodził się sprzedać nam jeden, bo jak powiedział i tak ma jeszcze dwanaście. Na moje pytanie, po co zamieszczał ofertę skoro nie chce sprzedawać odpowiedział, że nie ma teraz czasu, bo wyjeżdża z Polski, ale agregat będzie czekał u teściów.

Stoimy, więc pod domem teściów pana handlującego agregatami. Domem, który chyba dopiero za kilka lat zdecyduje się zostać domem, na razie jest to kilka nieotynkowanych ścian i okno. To znaczy ja stoję i wpatruję się w to jedyne okno, gdzie jakiś pan w podkoszulku na ramiączkach i z papierosem w ustach — domyśliłem się, że to teść — wychylił się na chwilkę i popatrzył na nas mętnym wzrokiem. Po kilkunastu minutach czekania wyszła do nas zaspana ziewczyna z kotkiem na rękach i spytała, o co chodzi. Widocznie zaspanie to ich rodzinna cecha. Kiedy opowiedziałem jej historię mojego zakupu przez Internet, zrobiła mądrą minę i powiedziała: „Aaaaaa”, po czym odwróciła się i poszła do domu. Janusz gawędził sobie z Piotrkiem o ciepłych krajach a ja zastanawiałem się ile jeszcze trzeba będzie wycierpieć żeby w końcu wydostać się na morze.

Kiedy dziewczyna z kotkiem wróciła i powiedziała, że to jej chłopak sprzedaje te agregaty i że jest jeden dla mnie z radości pochwaliłem jej kotka, że ładny, a ona w tym ogólnym radosnym pomieszaniu nie wydała mi 10 złotych reszty bo jak twierdziła — nie miała.

Przy kei czeka nas radosna niespodzianka — po kilkunastu minutach kręcenia różnymi śrubkami agregat zadziałał! Co za radość.

Zapakowani, jemy śniadanie w restauracji obok i w drogę. Rzucenie cum odbywa się bez żadnych ceregieli. Po prostu odwiązuje linkę, wsiadam i już jedziemy. Żadnych fanfar, orkiestry, pożegnań ani nawet machania chusteczką... Swoją drogą chciałbym kiedyś zostać pożegnany machaniem chusteczką.

Nie płyniemy przez Dąbie. Za płytko. A ja myślałem naiwnie, że postawimy żagle i zrobimy sobie coś w rodzaju rozgrzewki... Janusz sprowadza mnie na ziemię, a właściwie na wodę, musimy zdrowo gnać, jeśli chcemy gdzieś dopłynąć a potem jeszcze wrócić. Mamy na to tylko tydzień...

Zakręt, zielona boja, czerwona boja, czapla, zielona boja, zakręt, stocznia, czerwona boja, czapla, zielona boja, orzeł, stocznia, zakręt i tak przez najbliższe kilka godzin. Na początku steruje Janusz a potem Hania — moja średnia córka. Hania lubi sterować, od czasu, kiedy opłynęliśmy całe Mazury i Hania sterowała non stop. Chyba jej to sterowanie wejdzie w krew, bo prowadzić samochód też lubi, chociaż ma dopiero czternaście lat.

Janusz zainstalował autopilota — długi, czarny siłownik, mocowany do rumpla i nikt nie musi już sterować. Silnik pracuje niezbyt głośno, słoneczko przygrzewa i zapowiada się miły, letni dzień... W taki miły letni dzień człowiek, który nie musi czymkolwiek sterować popada w lekkie rozleniwienie. I żeby rozleniwienie to przypieczętować często sięga po chłodne piwo z lodówki. Picie piwa na jachcie jest czynnością niedopuszczalną. No chyba, że w porcie... Ale my do Świnoujścia mieliśmy jeszcze dosyć daleko... Poza tym piwo było prawie bezalkoholowe. Nazywało się „Dog in the fog” i miało w sobie coś, chociaż w smaku raczej przypominało soczek niż piwo... Janusz opowiada o okolicy i o orłach, których fruwało dookoła całe mnóstwo. To dziwne zobaczyć nasz narodowy symbol latający tuż obok ponad jakimś industrialno - ugorowatym krajobrazem.

Wypływamy na Zalew Szczeciński i od razu zaczyna wiać. Szkoda tylko, że coś jakby z przodu. Trudno, musimy dalej znosić burczenie silnika.

Piotrek jako żeglarski neofita jest dosyć podekscytowany. Dużo rozmawia z Januszem.

Koło Trzebieży przecina nam drogę halsująca dezetka — przypominają mi się dawne dzieje sprzed kilkunastu lat. Też tak halsowałem na dezecie w czasie kursu na sternika... Z samego kursu pamiętam tylko niestety tablice ze światłami statków i smak małży czy jakichś innych ślimaków, które jedli na kolacje szczecińscy hydrobiolodzy. Mieli swój obóz tuż za ośrodkiem w Trzebieży i oszczędzali studenckie diety na nocne piwne imprezy. Okoliczna populacja żab, ryb i innego wodnego żyjątka została przez nich poważnie zmniejszona. A najbardziej ucierpiały małże, nad którymi prowadzili badania. Od tamtej pory nie lubię tak zwanych owoców morza.

Trzebież niby znajoma, ale coś jakby całkiem inna... patrzę przez lornetkę, bo płyniemy głównym torem wodnym, który przebiega na prawo od wyspy i portu w Trzebieży.

Przed nami, nieco po lewej, widać kanał pomiędzy portem jachtowym a sztuczną wyspą. Zniosło mnie kiedyś do tego kanału kiedy małym bączkem portowym usiłowałem przepłynąć z którejś kei do głównego basenu. Technika pływania bączkiem z jednym wiosełkiem była przedmiotem, który trzeba było obowiązkowo zaliczyć, więc pomyślałem, ze zrobię sobie ćwiczenia praktyczne. Niestety przepływająca obok barka morska, spowodowała taką falę, że musiałem złapać się za burty obiema rękami a jedyne wiosełko, jakie miałem jakimś cudem wymknęło mi się z rąk i radośnie plusnęło do wody. Nikt nie pokazywał nam jak pływać bączkiem bez wioseł, więc w pierwszej chwili całkowicie zgłupiałem. A ponieważ byłem nastolatkiem — i bardzo ważne dla mnie było wtedy — jak mnie widzą inni, okropnie się przejąłem, że ktoś może ten mój niefortunny manewr oglądać z brzegu.

To pogorszyło jeszcze moją sytuację, gdybym od razu rzucił się łapać wiosełko, być może jakoś bym je chwycił... A tak, po kilkunastu sekundach wahania wiosło było dobrych parę metrów od łódki. Zdecydowałem się na dyskretne wiosłowanie rękami, na szczęście bączek był malutki i z łatwością mogłem wiosłować obiema rękami na raz. Kiedy zbliżyłem się do wiosełka na wystarczającą, jak mi się zdawało odległość, wychyliłem się aby je złapać, a wtedy łódka przechyliła się i nabrała prawie do połowy wody. Spodnie i buty miałem kompletnie mokre, ale na szczęście udało mi się złapać wiosełko. Czas był ku temu jak najbardziej odpowiedni, bowiem silny w tym miejscu prąd wyniósł mnie prawie na środek kanału biegnącego wzdłuż portu. Wizja przepływającej niedawno barki morskiej dodała mi sił i w kilka minut dopłynąłem do brzegu.

Zaczynają się bramy torowe na Zalewie, a z nimi niewielki ruch statków. Mija nas dziwna konstrukcja przypominająca zagrodę dla jakichś gigantycznych zwierząt. Czyżby ktoś chciał hodować mamuty lub inne dinozaury? Może to jakiś rodzaj suchego doku, zastanawiamy się z Piotrkiem i wymyślamy dziesiątki absurdalnych zastosowań dla przepływającej konstrukcji

Dziewczyny ubrały się w swetry, bo wiatr na otwartej przestrzeni nad wodą zrobił się zimny. I w końcu pora pomyśleć o obiedzie. Piotrek robi kurczaka z sosem curry według swojego przepisu.

Jeśli znajdziecie się przypadkiem w Warszawie, koniecznie udajcie się do małej tajskiej knajpki która mieści się w Barbakanie na starym mieście. Ponieważ knajpka jest w domu przylegającym do muru Barbakanu, czyli w czymś w rodzaju bocznej baszty, jest w niej dosyć ciasno i mroczno. Wilgotna atmosfera przypomina raczej pralnie a rozwieszone pod sufitem draperie jeszcze ten efekt potęgują. Ale nie dajcie się zwieść pierwszemu wrażeniu... Jedzenie jest wyśmienite. Podawane na dużych półmiskach w ten sposób, ze każdy może sam komponować sobie potrawy na własnym talerzu. Ilość pozycji w menu przyprawia o zawrót głowy. Tam dowiedziałem się, że są trzy sosy curry. Zielony, czerwony i biały. Nie mam pojęcia, co w nich jest — słyszałem, że mleczko kokosowe i wiele jakichś innych, tajnych składników. Sos zrobiony przez tajlandczyka w niczym nie przypomina tego, który można kupić w sklepie.

To co ugotował Piotrek jest dziwne. Ale da się zjeść. Trochę jakby za ostre i za mało słone. Piotrek obstaje przy tym, że tak ma być. Ponieważ jest pierwszy raz na łódce, czuje się nieswojo i ma potrzebę bycia ekspertem w jakiejś dziedzinie. Niech mu tam będzie.

Janusz się wyluzował i czyta książkę o morzu. Zdaje się, że lubi czytać i czyta dużo. Z przyjemnością sobie o tym rozmyślam, bo też sporo kiedyś czytałem i podoba mi się ten rodzaj ciekawości świata. Ale żeby płynąc na morze czytać książkę o morzu? No chyba że jakiś przewodnik czyli locje. Ja teraz czytam mało. Nagle zacząłem się bronić przed natłokiem faktów i wytworami intelektu innych ludzi.

— Jak skończę to ci pożyczę — obiecuje Janusz — A teraz idź pilnować, czy na kogoś nie wjeżdżamy.

Ma rację, widać ostatnią bramę na Zalewie a na pokładzie siedzi Piotrek w zawiązanym po szyje sztormiaku. Nie jest aż tak zimno, ale Piotrek do tej pory wszystkie urlopy spędzał w ciepłych krajach — na wyspach Kanaryjskich albo na Cyprze. Jest zszokowany polskim hardcorem a przecież nawet nie dopłynęliśmy do Świnoujścia.

Ale oto kończy się Zalew Szczeciński, jesteśmy na Świnie. Po bokach brzegi wyłożone kamieniami. Szeroko, widać, że pływają tędy duże statki. Co jakiś czas wędkarz na brzegu przygląda się nam nieprzyjaźnie.

Przypominam sobie historie wędkarza, który zaatakował nożem, ze skutkiem śmiertelnym przepływającego obok kajakarza, na kanale Żerańskim. A mówią, że łowienie ryb uspokaja.

Słońce powoli jakby decyduje się, że jednak zajdzie a Janusz wychodzi ze swojej koi. Jest lekko zdziwiony, że jesteśmy już tutaj. Zaczytał się. No to teraz sobie posiedzimy i pogadamy jak ludzie.

Świnoujście wita nas dziwacznym krajobrazem ogromnego całkiem rozbebeszonego statku pośród szuwarów. Dwa promy mijają się przed nami — trzeba zwolnić, taki prom to rzecz nieszczególnie przyjemna, zwłaszcza w bliższym kontakcie. Jest zmierzch, jak mówią operatorzy — „magiczna godzina”. Czas kiedy słońce już nie oświetla bezpośrednio niczego mocnym blaskiem, tylko delikatnie wydobywa światło z całej przestrzeni. Znikają długie cienie, pojawia się srebrzyste migotanie wieczoru.

Łup, łup, łup, łup... Wali z daleka dyskotekowa muzyka. Silnik pracuje dosyć głośno a mimo to muzykę słychać bardzo wyraźnie. Kilka dni wcześniej siedziałem jako pasażer w samochodzie Rafała, kolegi z pracy. Staliśmy na światłach, był ciepły wieczór a ja trzymałem w dłoni plastykowy kubek z wodą. Nagle na powierzchni wody w kubku zaczęły powstawać wyraźne fale.

— Popatrz — powiedziałem do Rafała — Park Jurajski 3!

Dopiero po jakichś 5 sekundach usłyszeliśmy muzykę a właściwie łupanie. Łup, łup, łup, łup. Podjechał do nas jeep napakowany podskakującymi ludźmi. Łup łup umpa-umpaumpa dochodziło z samochodu... Czuło się to w żołądku na jakieś 200 metrów dookoła. W środku jeep'a musiało panować piekło. Rafał popatrzył w bok i przez chwile spojrzenia kolesi z jeepa skrzyżowały się z naszymi.

— Dziadku! — zawołał jeden z nich — Patrz! Tak się bawi AWF!!! — i umpa-umpa-umpa odjechało... Teraz wrażenie było podobne do tego jeszcze słychać było jakieś wrzaski przez mikrofon.

Z za zakrętu wyłoniła się główna część Świnoujścia. Ale dzika impreza — zawołała Marysia wychylając się z dziobowego luku — Tato, chodźmy tam!

Cholera! — pomyślałem - starzeje się. Nie miałem najmniejszej ochoty tam iść. Infradźwięki z tego technoparty musiały słyszeć słonie w Kenii. Ale musieliśmy też kupić szczotkę do włosów i całą listę jak zwykle bardzo potrzebnych rzeczy, o których przypomniały sobie w ciągu dnia moje córki. Janusz powiedział, że najlepiej będzie podpłynąć do centrum miasta, do kei miejskiej i że on na nas poczeka.

Na całej długości kei miejskiej stał wojenny statek desantowy opanowany przez Didżejów z radia RMF. Od strony wody niewiele było widać. Tyle, że rozpięte były na nim jakieś żółte namioty a do drzwiczek w nadbudówce, na wysokości jakiegoś trzeciego piętra ustawiła się całkiem pokaźna kolejka panienek w bojówkach.

— Impreza militarna — zawyrokowała Marysia patrząc z zazdrością do góry na panny wizytujące statek.

Janusz klął po cichu chyba na władze miasta, że akurat dzisiaj musieli zająć wszystkie miejsca postojowe przy kei, ale okazało się że jest jeszcze jedno trochę dalej, gdzie przybija statek Wikingów wożący z przerażającą szybkością po świnoujskim porcie rozbawioną publiczność. Wszystko to wydało mi się nagle całkowicie nierealne.

Światło zmierzchu, właśnie zaczynający swoją piosenkę Krzysztof Krawczyk obok - na ogromnym desantowcu, statek wikingów przed dziobem i szczotka do włosów do kupienia. Kiedyś wracałem przez miasto nocą samochodem z pracy i zostałem zatrzymany z powodu jakiegoś wypadku. Ludzie w srebrnych kombinezonach wylewali na ulice ogromne ilości piany. Wszędzie migały niebieskie światła w różowa poświacie od żarówek sodowych w latarniach. Na drodze leżała dziwacznie poskręcana konstrukcja. Nagle zdałem sobie sprawę, że słyszę muzykę i że to jest Requiem Mozarta - bardzo głośno — drzwi samochodu strażackiego obok były otwarte i a radio ustawione chyba na całą moc. Miałem podobne uczucie niesamowitości, czegoś, na co umysł kompletnie nie jest przygotowany.

No, ale trzeba przycumować, oczywiście nabiegowo. Trochę rozjeżdżamy stojących na kei wędkarzy, swoją drogą czy ryby biorą w takim hałasie? Przecież zawsze, kiedy się podchodzi do wędkarza to trzeba rozmawiać ściszonym głosem, bo się ryby płoszą. W tym miejscy chyba nawet krzyk nie byłby słyszalny. Lecimy po zakupy i na krótkie zwiedzanie okolicy. Po prawej tłumy, po lewej wszystko zamknięte, na wprost wszystko zamknięte. Kilka przecznic dalej sytuacja wygląda tak samo po prawej tłumy a dookoła wszystko zamknięte.

Poza tym zimno. Jesteśmy w kurtkach, Piotrek w sztormiaku. Letni kurort a pogoda jak zimą. Ludzie muszą się tutaj potężnie nudzić skoro przychodzą aż w takich ilościach na tego rodzaju tortury.

— Tato! — Poprawia mnie Marysia — Dla nich to jest raj. Inni ludzie lubią się bawić...

Raj czy nie raj, szczotki nie ma o tej porze. Nawet w aptece. Wydaje mi się, że w aptece szczotki do włosów powinny być, skoro są do zębów.

Świnoujście pamiętam z czasów Famy. Przyjeżdżałem tam jako niestudent, kiedy festiwal wznowiono. Ale to podobno nie było to, co dziesięć czy piętnaście lat wcześniej.

Koledzy opowiadali mi o znanym rzeźbiarzu, który urządzał happeningi na ulicach miasta polegające na tym, że rozbierał się do naga, zawieszał sobie z przodu i z tyłu w wiadomym miejscu drewniane tabliczki ze swoim nazwiskiem, po czym częstował przerażonych wczasowiczów wódką, którą przechowywał w dużych ilościach w wielkiej walizce. Milicja chciała nawet początkowo interweniować, ale okazało się, że artysta ma odpowiednie zezwolenia umożliwiające mu wszelką działalność artystyczną na terenie miasta.

Inny mój znajomy też rozbierał się do naga na Famie koledzy malowali go klejem z mąki ziemniaczanej a zaczepiani przechodnie naklejali na niego to, co akurat mieli pod ręką. Stare bilety autobusowe, znaczki, pudełka od papierosów, spalone zapałki. Akurat była niedziela i kiedy ludzie wychodzili z kościoła po mszy, rzucał się na nich z okrzykiem: „Ludzie, kocham was”. Był to prawdziwy sprawdzian chrześcijańskiego miłosierdzia.

Wracamy na jacht przeciskając się przez tłumy. Na pewno nie pasujemy do scenerii i czuje wielką ulgę, kiedy znajduje się powrotem na pokładzie. Janusz odpala silnik, ja oddaję cumy. I zaczynamy zacieśnioną cyrkulację, bo inaczej wypłynąć się z tego małego baseniku nie da. Coś dużego i zielonego zatarasowało prawie całe wyjście. Żaglowy statek wycieczkowy przerobiony z dużego kutra rybackiego. Nie jest może piękny, ale za to bardzo... hmmm stylowo zielony. Wędkarze przerwali wędkowanie i patrzą z zaciekawieniem na nasze poczynania. W zamian ja zaglądam im z pokładu do ich wędkarskich wiaderek. Pusto.

Przed nami bukszpryt czegoś dużego i zielonego. Blisko. Coraz bliżej. Jeszcze bliżej...

— Dwa metry do bukszprytu — wołam do Janusza, chociaż na oko jest więcej, w sprawach kontaktu z—bukszprytem wole zachować ostrożność — Metr! Pół metra!!! — patrzę na zrolowanego foka i zastanawiam się czy sztag wytrzyma uderzenie, bo płyniemy dosyć szybko. Ale nie... Zatrzymaliśmy się jakieś dwadzieścia centymetrów przed olinowaniem bukszprytu zielonego statku. Ten Janusz to ma ułańską fantazję, wiedziałem, że samochodem jeździ szybko i pewnie, ale to... Zakrawa na nieludzką perfekcje.

— Manetka się zablokowała! — słyszę wołanie z tyłu. Odwracam się i widzę nieco pobladłą twarz Janusza, a... jednak jest człowiekiem uspokajam się. Wszystko w normie.

Płyniemy do mariny północnej podziwiając nocne oświetlenie promów i wycieczkowców. Wszystko jest ogromne i inne niż... No właśnie, jest takie inne, że nawet nie wiem, niż co.

— A kiedy będziemy na miejscu? Kiedy dopłyniemy? — dziewczyny pytają mniej więcej co trzydzieści sekund. Chyba im się nudzi. Tak naprawdę, to niewiele się zmieniły od czasów kiedy chodziłem z nimi na przedstawienia w teatrze lalkowym. Jedna ze sztuk nazywała się „Baśń o zaklętym kaczorze” i wszystkie dzieciaki dopytywały się rodziców, o czym będzie spektakl.

— To będzie bajka o zaczarowanej kaczce — odpowiadali rodzice — o zaklętym kaczorze — mówili inni. To zresztą zrozumiałe, nawet gdyby ktoś chciał opowiedzieć, o czym jest sztuka, nie mógłby z braku danych — nikt historii o zaklętym kaczorze nie znał. Skutek tych odpowiedzi był taki, że przez cały czas trwania spektaklu na sali panował harmider i co chwila jakieś dziecko pytało się na głos: „a kiedy będzie ta kaczka”, albo: „Czy to jest ten kaczor?”. Było to tym bardziej zabawne, że w sztuce kaczor nie wystąpił prawie wcale.

Teraz było podobnie. Dziewczyny wypytywały mnie wcześniej o cel naszej podróży i z braku danych musiałem nieco konfabulować, przez co do końca dnia byłem zasypywany różnorakimi pytaniami. Rolę kaczora tradycyjnie odgrywały prysznice.

Wydaje się, że ulubionym zajęciem moich córek w czasie wakacji jest chodzenie pod prysznic. Ma to dla nich tak wielkie znaczenie, że są w stanie podporządkować sobie wszystkich, zmienić marszrutę i plan dnia byle by tylko znaleźć się w kabinie z cieknącą z góry wodą. Ich poświęcenie nie ma granic, myją się nawet w lodowato zimnej wodzie (która niestety jest standardem w większości marin). Mój znajomy zawsze mawiał, że ze zjawiskiem higieny mamy do czynienia wtedy, kiedy człowiek zbyt często się myje. W porównaniu do innych żeglarzy, moje córki robią to patologicznie.

Po setnym pytaniu tego wieczora, kiedy dopłyniemy i czy są tam prysznice — w końcu jesteśmy w porcie. Tłoku nie ma, ale i nie jest znowu tak pusto. Po zatoczeniu koła „na zastanowienie się” decydujemy się stanąć przy betonowej wysokiej kei wyłożonej oponami. Trzeba się będzie wspinać — mówię do Piotrka, który minę ma nieodgadnioną. Chyba nie spodziewał się takich atrakcji w ciągu jednego dnia. Najpierw żeglarstwo, teraz wspinaczka.

Po krótkich oględzinach miejsca postoju decydujemy się lekko przepakować jacht, bo jest wolne miejsce przy Y-bomowej kei i to takie sprytne, że możemy stać i przy oponach do wspinaczki i przy kei dla normalnych ludzi.

Podłączamy prąd — kupiony rano prostownik — w sam raz nadający się do hurtowego ładowania TIRów działa i świeci radośnie czerwonymi cyferkami. Trzeba było w tym celu rozplątać długie na kilkadziesiąt kable, pozwijane w gordyjskie węzły w czasie to, której czynności gubię mój kapelusz na wielbłąda czy temu podobne safari.

Akumulatory na Ambasadorze są dwa. Jeden bardzo duży i drugi też bardzo duży. Niestety nie działają zbyt sprawnie. Są ładowane przez mały alternator z silnika. I coś nie działa jak powinno. Ponieważ wziąłem ze sobą całą torbę kabelków, przejściówek i innych zabawek, obiecuje sobie zająć się sprawdzeniem instalacji następnego dnia, bo mam wśród nich nowiutki — kupiony oczywiście w sklepie Conrad — miernik uniwersalny. Tymczasem przepakowujemy nieco pośpiesznie zapakowaną rano bakistę. I mogę opłacić nasz pobyt w marinie Świnoujście.

Bosman ma swoją siedzibę w budce-kontenerze jakieś 10 metrów od nas, więc nie jest to wielka wyprawa, ale za to udaje mi się wynegocjować 15 złotych upustu w zamian za brak wpisu w książce. Nie mam danych na temat swojej rodziny, ale przypuszczam, że jej korzenie muszą być wiadomego rodzaju, bowiem moja zdolność negocjowania upustów czasem zadziwia nawet mnie. Bosman jest młody i znudzony. Zdaje się, że ma wszystko gdzieś. Dopiero wizja kilku złotych „na boku” na chwilkę go rozjaśnia.

— Tak, są prysznice, możecie korzystać, kiedy tylko chcecie — i z toalet też — dodaje wspaniałomyślnie, kiedy jestem już prawie na jachcie.

Odnajduje się mój kapelusz! Nawet nie wiedziałem że mi zginął, taki jestem zakręcony dzisiejszym dniem, a tu jeszcze trzeba zrobić kolacje. W czasie kolacji wychodzą następne błędy, jakie popełniliśmy w czasie sztauowania. Nie ma herbaty a była. Kupiliśmy nawet w szczecinie jakiś nadmiar — byliśmy w supermarkecie a tam zawsze kupuje się nadmiar, kiedy jest się z kimś. Po to zostały wymyślone koszyki-wózki. Dziewczyny chcą herbaty, wszyscy szukają, wywalają rzeczy z szafek, ogólny rozgardiasz.

W tym zamieszaniu idę do pubu naprzeciwko. O dziwo jest pełen ludzi, a więc nie wszyscy pobiegli słuchać Krawczyka przy desantowcu. Przekrzykując ludzi w pubie tłumaczę młodej i niewątpliwie bardzo ładnej dziewczynie za barem, że potrzebuje czterech herbat. Janusz pije piwo, a Piotrek jakieś ziółka, które nazywa zieloną herbatą. Pani w barze bierze się do zaparzania.

— Nie — wołam — same torebki, zaparzymy sobie na łódce...— Dziewczyna jest skonsternowana, — Ile to będzie kosztowało... — na szczęście jest obok ktoś, kto może podjąć tak skomplikowaną decyzję. Po krótkiej naradzie z dziewczyną i machaniu rękami barmanka podchodzi do mnie i proponuje konfidencjalnie cenę dwu złotych za torebkę.

Hmmm... Niech będzie — zrobią interes życia — rezygnuje z targowania się do upadłego i płacę osiem złotych za cztery torebki herbaty.

Paweł Pawlicki

P.S.
całość relacji z rejsu dookoła Rugii ukaże się w formie książkowej, chyba niedługo...

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 2
Polska Federacja Żeglarska