Smok on the Water

Włodzimierz Radwaniecki

Żeglowanie na betonie, czyli o reformach słów kilka

Kiedy obserwuję scenę przepychanek w żeglarskim światku, nieodparcie nasuwa mi się na myśl pytanie: czy PZŻ jest jeszcze związkiem sportowym, czy już nie. A jeżeli tak — to w jakim procencie tym sportem jest i żyje, a w jakim zajmuje się zupełnie czym innym?

Z definicji ustawowej, PZŻ winien być związkiem klubów, mających osobowość prawną. Także statut związku definiuje to jasno w paragrafie 3. Ale już punkt 10 mówi, że członkami zwyczajnymi są Okregowe Związki Żeglarskie ze zrzeszonymi w nich klubami. By być członkiem zwyczajnym związku sportowego — zgodnie z prawem — należy być podmiotem zarejestrowanym w KRS. Kiedy jednak spojrzymy na listy klubów — członków OZŻ-tów — roi się tam od klubów przyzakładowych, „towarzystw wzajemnej adoracji” a uważny obserwator znajdzie tam nawet prywatne firmy. Taka sytuacja w dużej mierze tłumaczy to, czego świadkami byliśmy przed, w trakcie i po wyborach w okręgach i centrali. Stare kliki i koterie, głęboko zakorzenione zarówno w OZŻ-tach jak i w PZŻ boją się zmian jak ognia. Ten strach przed zmianami doskonale wykorzystał „stary-nowy” prezes Kaczmarek, który dla rzeszy działaczy był gwarantem status quo. Wybory pokazały, że nawet pion sportu nie jest skonsolidowany i nie głosował w całości na swojego kandydata.

W efekcie mamy ciekawą sytuację: jednym z największych związków sportowych w kraju rządzą ludzie, którzy tak naprawdę o sporcie widzą tyle, ile zobaczą w telewizji. Nie jest to oczywiście sytuacja nowa — PZŻ od lat na swego prezesa wybierał — z jednym bodajże wyjątkiem — prominentnych polityków — zapewne w złudnej nadziei na ochłapy z koryta władzy.

Kiedy spojrzymy na skład zarządu naszego związku — nie wiem, czy o połowie z jego członków można bez naciągania powiedzieć, że wywodzą się i są związani ze sportem. Tu oczywiście trzeba by się zastanowić, co tym sportem jest, a co już nie. Ostatnie nowelizacje ustawy o kulturze fizycznej i powstanie ustawy o sporcie kwalifikowanym nieco te kwestie rozjaśniają. Można więc śmiało stwierdzić, że to, czym zajmują się w ogromnej większości członkowie klubów zrzeszonych w PZŻ (a w zasadzie w OZŻ-tach) sportem — w rozumieniu ustaw nie jest. Jest to czysta rekreacja bądź turystyka żeglarska. Chyba nie pomylił bym się, jeżeli stwierdził bym, że ich działalność sportowa stanowi nie więcej niż 5 %. Wobec tego — nie dziwi fakt, że związkiem nie kierują sportowcy.

Ale skoro tak — dlaczego PZŻ uważa się za związek sportowy a nie organizację o charakterze rekreacyjnym? U podstawy takiego stanu leży magiczne słowo „monopol”. Otóż monopol i korzyści, jakie można z niego czerpać, powoduje, że działacze PZŻ do „ostatniej kropli krwi” będą bronić „sportowego” charakteru związku. To „sportowy” charakter związku pozwala, zgodnie z zapisami ustawowymi, być „panem życia i śmierci” żeglarzy. Jak chcesz legalnie żeglować — musisz przyjść do związku. Musisz zgadzać się na narzucone przez związek kryteria, regulaminy, wewnętrzne przepisy (często ustanawiane prawem kaduka, bez należytego umocowania w obowiązujących przepisach prawa). No i oczywiście musisz płacić. Za kurs, za patenty, za licencje. Kursy oczywiście teoretycznie organizuje kto inny. Ale w praktyce mogą je prowadzić tylko instruktorzy PZŻ, przez PZŻ wyszkoleni i zatwierdzeni. Kurs należy zgłosić do związku. Egzamin przeprowadza komisja związkowa itp. itd. Czyli gdzie byś się nie obrócił — kasa płynie do związku. A w danej dziedzinie sportu może działać tylko jeden polski związek sportowy — tak bowiem stanowi prawo...

Korzysta z dobrodziejstwa monopolu nie tylko centrala PZŻ, do której spływa tylko jakaś część środków. Można zaryzykować stwierdzenie, że centrala korzysta z tych środków najmniej. Z patentów i wszelkich innych opłat żyją sobie OZŻ-ty. Jedne lepiej, drugie gorzej. Ale coś musi być na rzeczy, skoro istnienia ponad 40 OZŻ-tów broni się jak Częstochowy przed Szweddami mimo tego, że podział administracyjny zmienił się dość dawno, a niektóre mają niespełna 10 członków.

Monopol związków sportowych dochodzi czasami do absurdu (nie jest to tylko domena PZŻ, ale jak większość związków — tak i PZŻ lobbował i lobbuje za rozwiązaniami prawnymi przynoszącymi mu maksymalną korzyść). Przykładem kwestia trenerów. Trener, który ukończył państwową uczelnię, posiada magisterium z danej dziedziny sportu musi zgłosić się do związku i aby wykonywać zawód — otrzymać licencję. W PZŻ dodatkowo, żeby szkolić na stopnie żeglarskie — musi skończyć kurs instruktorów PZŻ. Musi dlatego, że nie ma żadnej alternatywy. Także zwykły żeglarz, chcący żeglować legalnie nie ma alternatywy. Teoretycznie może zarejestrować jacht na wyspach Bahama czy w Szwecji i korzystać z prawa bandery, ale w praktyce na ten krok decyduje się niewielu.

Czy z istniejącej sytuacji jest jakiekolwiek wyjście? W świetle dziś obowiązujących przepisów — nie. Czy związek jest potrzebny wszystkim żeglującym? — tu trzeba pytanie odwrócić, a w zasadzie przekształcić je w stwierdzenie — to żeglujący potrzebni są związkowi. Przeciętnemu żeglarzowi związek nie jest do niczego potrzebny.

Jest w kraju wiele analogii, które można by przytoczyć jako przykład. Obywatel zdobywający prawo jazdy może w ogóle nie mieć kontaktu z Polskim Związkiem Motorowym. Sam wybiera sobie szkołę, ośrodek egzaminacyjny — szkoli się, zdaje — odbiera państwowy dokument. A przecież jeszcze niedawno PZMot był wraz z LOK monopolistą na rynku szkolenia i egzaminowania na prawo jazdy... Podobnie Polski Związek Wędkarski, gdzie do niedawna każdy wędkarz chciał czy nie chciał — musiał przyjść i zapłacić haracz za kartę wędkarską i egzamin w PZW, dodatkowo co roku płacąc obowiązkowe składki członkowskie. Nowelizacja przepisów doprowadziła do tego, że kartę wędkarską wydają starostowie a szkolenie i egzamin może przeprowadzić każda zarejestrowana organizacja wędkarska, która na danym terenie skupia powyżej 200 członków.

Przykłady te dobitnie świadczą o tym, że związek sportowy nie musi być monopolistą w stosunku do osób, które daną dyscyplinę sportu uprawiają rekreacyjnie. Co więcej — dla związku sportowego mogą stanowić obciążający balast, a jeżeli zechcą mieć swoje przedstawicielstwo — nic nie stoi na przeszkodzie powołania jednej, czy wielu organizacji zrzeszających rekreacyjnie uprawiających żeglarstwo i reprezentujących ich interesy. Jeżeli powstająca Polska Federacja Żeglarska doprowadzi do uchwalenia projektu ustawy o żeglarstwie rekreacyjnym — sytuacja może się zmienić. Wbrew pozorom — może się zmienić z korzyścią zarówno dla sportowej części PZŻ jak i dla zwykłych żeglarzy. Z pewnością może spowodować małą rewolucję w OZŻ-tach.

Sportowa część PZŻ doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że balast „turystów” ciągnie ją w dół i nie pozwala skoncentrować się li tylko na sporcie. Ustawowe pozbawienie PZŻ monopolu na szkolenie i np. przeniesienie obowiązku wydawania dokumentów żeglarskich na organa państwowe czy samorządowe (jak ma to miejsce choćby z prawem jazdy, licencjami lotniczymi, kartami wędkarskimi) mogło by spowodować po pierwsze — oderwanie się administracyjnej „nadbudowy” OZŻ-tów od PZŻ, po drugie — reorganizację PZŻ, jako faktycznego polskiego związku sportowego z klubami stricte sportowymi jako członkami zwyczajnymi. Korzyści są ewidentne — PZŻ jako związek czysto sportowy zajął by się tylko sportem żeglarskim, co zapewne przyniosło by wymierny wzrost poziomu sportowego, lepsze wykorzystanie środków i kadr, bezpośredni wpływ zainteresowanych klubów na centralę a w efekcie lepszy wynik sportowy.

Oderwanie części administracyjno — turystycznej i pozbawienie jej monopolu stworzy podstawę do wolnorynkowej konkurencji, która także powinna prowadzić do podniesienia jakości szkolenia. Wydawanie dokumentu przez państwo podniosło by jego rangę. Zwykli żeglarze zyskali by szerszą ofertę opartą na wolnorynkowej konkurencji. Po stronie strat stali by tylko starzy „działacze”, dla których komercyjna działalność pod skrzydłami monopolisty stanowiła często niezły dochód.

Kiedy spoglądałem na sejmikową salę obrad i na myśl cisnęło mi się pytanie „czy przypadkiem nie trafiłem na obrady ZBOWiD-u?” zrozumiałem, że PZŻ może zreformować się tylko na dwa sposoby. Metodą naturalną poprzez odejście „betonowych” kapitanów na wieczną wachtę lub metodą odgórną, poprzez regulacje ustawowe. To, że reforma jest nieunikniona widzą wszyscy trzeźwo patrzący na sprawy sportu żeglarskiego. W jaki sposób się dokona — będzie zależeć od determinacji i zaangażowania tych, którzy widzą potrzebę zmian w polskim żeglarstwie. I oby nastąpiło to jak najszybciej. Dziś bowiem swoboda żeglowania w Polsce ma się jak bieganie w kadzi z betonem. A beton im starszy — tym twardszy, mocniej przywiera i krępuje ruchy... dopóki całkowicie nie odpadnie ze starości... lub go nie rozbijemy... czego sobie i Wam życzę.

Radwan

[ Prezes Kaczmarek: - Cieszę się, że po raz kolejny odnieśliśmy sukces legislacyjny... Jestem szczęśliwy, że w ciągu ostatnich lat udało nam się zrobić wiele dobrego dla żeglarstwa w Polsce... I bardzo się cieszę, że koledzy żeglarze po raz kolejny obdażyli mnie zaufaniem... ]

« powrót do spisu treści

Smok on the Water — biuletyn informacyjny przyjemniaczków — Nr 2
Polska Federacja Żeglarska